W kinie zwykle zachowuję się spokojnie - nie cierpię rozmów w trakcie seansu, nie zdarza mi się reagować zbyt emocjonalnie, ba, nawet jeść w kinie nie lubię, żeby nikomu nad głową nie szeleścić. Na "Godzilli" pierwszy raz od czasu "Avengers" miałem ochotę podskakiwać i krzyczeć "Fuck yeah!". Na film wybierałem się z umiarkowaną nadzieją - trailery zrobiły na mnie ogromne wrażenie (i nie pokazały przesadnie wiele, co zaliczam na duży plus), jednak w pamięci wciąż miałem fatalny remake Rolanda Emmericha z 1998 roku. Kto nie zna, nie musi tracić dwóch godzin cennego czasu, wystarczy obejrzeć ten filimik od Honest Trailers. Zaczyna się spokojnie, choć bardzo klimatycznie. Wszystko otacza aura spisku, rządowej i wojskowej tajemnicy, co rozbudza nadzieje widza na ciekawą fabułę. Niestety szybko zostajemy sprowadzeni na ziemię, ponieważ historia podąża w stronę typowego, hollywoodzkiego banału. Nie pomaga też w tym drewniane aktorstwo (Ken Watan...
Pomiędzy hejtem a fanbojstwem!