Trwająca w Hollywood moda na remaki, rebooty oraz kontynuacje (uff, w końcu jakieś polskie słowo) znanych sprzed lat hitów jest wyjątkowo irytująca. Z tego też powodu słuchając doniesień dotyczących „Mad Max: Fury Road” byłem więcej niż sceptyczny. Spodziewałem się tandetnej i ugrzecznionej produkcji i nie sądziłem, że siedemdziesięcioletni George Miller jest w stanie pokazać jeszcze w kinie akcji coś ciekawego; w końcu w poprzednich latach zajmował się głównie „Happy Feet: Tupot małych stóp”. W równie wielkim błędzie nie byłem od czasu, kiedy marudziłem, że Heath Ledger nie da rady dobrze zagrać Jokera. Jeśli nie widzieliście jeszcze żadnej recenzji „Mad Max: Fury Road” (oraz samego filmu), istnieją jedynie trzy wytłumaczenia – ostatnie miesiące spędziliście w hibernacji do czasu premiery „Star Wars: The Force Awakens” i obudzono was zbyt wcześnie, udaliście się w ramach duchowej wędrówki do klasztoru w Himalajach lub wylądowaliście w więzieniu w Korei Północnej pod zarzutem sz...
Pomiędzy hejtem a fanbojstwem!