.

.

28 października 2016

Siła niższa, czyli recenzja kontynuacji Dożywocia [recenzja]



Marta Kisiel powróciła z wyczekiwaną przez wielu kontynuacją „Dożywocia”. Zdeterminowana grupka czytelników już od lat domagała się dalszego ciągu przygód wesołej gromadki, której los, po dość dramatycznym zakończeniu powieściowego debiutu autorki, nie rysował się w zbyt jaskrawych barwach. Oczekiwanie trwało sześć lat, ale czytelnicy w końcu otrzymali upragnioną książkę.

Przeprowadzka do wielkiego miasta była wyzwaniem dla wszystkich. Oswojony chaos Lichotki zastąpiony został zupełnie nową, obcą rzeczywistością, gdzie dni Konradowi Romańczukowi wypełnia praca. Udające pokoje ciasne klitki powoli, acz nieubłaganie zarastały kurzem, a wątpliwości oraz żal zaczęły grozić zburzeniem kruchego porozumienia pomiędzy człowiekiem a aniołem. Nowy dom wypełnia smutek, żal oraz tęsknota zarówno za miejscem, jak i domownikami. Pozbawione Lichotki Licho utraciło lwią część mocy, a co za tym idzie, na głowę Romańczuka zaczęły sypać się rachunki, co błyskawicznie pochłonęło domowy budżet. Nieobecność Krakersa odznaczyła się drastyczną zmianą w menu, i tylko brak Panicza został przywitany z ulgą. Choć „Siła niższa” niewątpliwie jest pełną humoru i zbiegów okoliczności historią zdolną zadowolić fanów „Dożywocia”, to przede wszystkim opowiada ona o trudnym procesie definiowania siebie.

Pustka po znanych i w większości lubianych bohaterach zostaje jednak szybko wypełniona, głównie za sprawą Tura Brząszczyka, wielkiego gabarytem oraz sercem wikinga ze skłonnością do rękodzieła oraz sporym arsenałem rzyciowych (jak i życiowych) mądrości. Do dożywotników dołączy również trio pracowitych Wermachtowców, jak również Tsadkiel, anioł stróż pełną gębą, który w skutek niezbyt przemyślanej umowy wprowadza się do Romańczuka na czas określony. Pomimo tak wybuchowej mieszanki upchniętych pod jednym dachem charakterów (zaskakująco mało wybuchowi w tym przypadku są żołnierze Wehrmachtu, głównie zajmujący się graniem w karty na strychu i alkoholizowaniem się z Turem), początek „Siły niższej” zdaje się gdzieś tracić charakter znany z „Dożywocia”. Gubi się przygodowy, optymistyczny ton oraz lekkość kolejnych stron, i choć samych żartów nie brakuje, ustępują one coraz częstszym konfliktom oraz kumulowaniu się wzajemnych pretensji. O ile w przypadku Konrada i Licha zabieg ten służy pokazaniu zachodzącej w nich przemiany, tak reszta domowników gdzieś się w tym wszystkim rozmywa. Najlepiej widać to na przykładzie Rudolfa Valentino z potomstwem (o którym czasem się wspomina, ale pełni ono raczej funkcję żarłocznej dekoracji), jak i Tsadkiela, którego wprowadzka zdawała się zwiastować spore kłopoty, podczas gdy postać ta... zniknęła ze stron powieści na dłuższą chwilę, przewijając się bez większego wpływu na wydarzenia raz na jakiś czas.

Wszystko ulega zmianie wraz z wkroczeniem na scenę Carmilli z psem oraz pewnym dodatkiem. Wydarzenia błyskawicznie nabierają znanego z „Dożywocia” tempa, a humor wręcz wylewa się ze stron książki. Budowane od początku napięcie osiąga punkt kulminacyjny, a to co następuje później, w pełni rekompensuje nieco ślimacze tempo początku. Nie oznacza to jednak, że powieść zmienia się w zbiór żartów przetykanych fabułą. Marta Kisiel z rozmysłem stawia przed bohaterami kolejne wyzwania, przygotowując ich (oraz czytelników) na płynący z historii morał. Chwila, gdy Konrad i Licho docierają do punktu w którym stają się gotowi do zdefiniowania siebie na nowo nie tylko przebija wszystko, co zostało zaserwowane przez „Nomen omen” i „Dożywocie”, ale również skłania do zastanowienia się nad własnymi wyborami.

Warsztatowi Marty Kisiel nie można nic zarzucić. Znana z poprzednich książek wprawa w zabawie słowem powraca z pełną mocą, oferując całą gamę porównań, dwuznaczności oraz nawiązań, dzięki którym „Siłę niższą” nie tyle się czyta, co pochłania. Jednak przystępność języka nie oznacza jego prostoty. Pod całym tym humorem, autorka przemyca interesujące przemyślenia na temat potrzeby bliskości, odrzucenia oraz ucieczki przed światem, co nie tylko dobrze wpływa na pogłębienie charakterów postaci, ale i ułatwi czytelnikom identyfikację z bohaterami. Autorka na chwilę zmienia styl dopiero pod koniec książki, wysyłając Konrada z Turem na konwent. Spotkane tam cztery, dość charakterystyczne, postaci powinny szybko skojarzyć się osobom regularnie bywającym na facebooku autorki, ale dla reszty mogą okazać się nie pasującym do reszty książki, hermetycznym żartem. Co nie zmienia faktu, że jest to bardzo przyjemne mrugnięcie okiem skierowane do wiernych fanów.


Czy na „Siłę niższą” warto było czekać aż sześć lat? Zdecydowanie tak. Książka sprawia wrażenie dojrzalszej, przy czym nie traci tak charakterystycznego stylu Marty Kisiel, który przyciąga do niej coraz liczniejszą grupę czytelników. Choć kontynuacja przygód Romańczuka z doczepką potrzebuje nieco czasu na osiągnięcie oczekiwanego po poprzednich książkach tempa, to nikt nie powinien czuć się rozczarowany. Chyba, że faktem, że „Siła niższa” tak szybko się skończyła. To świetna książka tak na coraz dłuższe, jesienne wieczory, jak i na każdą inną porę roku.   

25 czerwca 2016

Dzień Niepodległości: Odrodzenie, czyli jak o mało nie wyszedłem z kina pobity własnymi facepalmami

Nie lubię, łagodnie rzecz ujmując, kiedy złych filmów broni się hasłami typu „bo to na wyłączenie myślenia”, „czego się spodziewałeś od kina akcji”, „to tylko rozrywka”. W ten sposób sami widzowie tworzą wymówki dla hollywoodzkich twórców i pozwalają na produkowanie coraz gorszych jakościowo blockbusterów (jak np. robi to Michael Bay). Nie znaczy to oczywiście, że do każdego filmu przykładam tę samą miarę i od „Szybkich i Wściekłych” oczekuję moralnych dylematów. Nie cierpię jednak, kiedy producent traktuje widza niczym skończonego idiotę. Gdzieś na pograniczu złych produkcji istnieje jeszcze osobna kategoria, bardzo subiektywna, tak zwane guilty pleasure, w której lądują filmy, które nawet kiedy wiemy, że są kiepskie, sprawiają nam przyjemność. Przykładem takiej właśnie rozrywki zawsze był dla mnie „Dzień Niepodległości”

Kiedy dwadzieścia lat temu jako chłopiec (na tyle młody, że do kina poszedłem z rodzicami), oglądałem „Dzień Niepodległości” byłem tym filmem oczarowany i nie ukrywam, że do dzisiaj go lubię, nawet przy wszystkich jego wadach. Roland Emmerich był w stanie nakręcić film, który, jeśli tylko przymknąć oko, trzymał w napięciu od początku do końca. W znakomity sposób pokazywał inwazję kosmitów, a przy tym nie zapominał o zbudowaniu kilku charyzmatycznych postaci, których losem się przejmujemy. Produkcja okazała się wielkim hitem i o kontynuacji mówiło się od lat. W międzyczasie reżyser zaczął jednak zaliczać kolejne wpadki, pokroju „Godzilli” (tego gniota także broniono, jako „tylko rozrywki”!), „10,000 BC”, „Pojutrze”, czy „2012”. Kino katastroficzne (czasem z dodatkiem SF) w wydaniu Emmericha, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się receptą na sukces, stało się gotowym przepisem na wysokie koszty produkcji i fatalne recenzje. Kiedy wydawało się, że nikt już nie zdecyduje się na przekazanie twórcy fury gotówki na realizację kolejnego projektu, ktoś w studiu 20th Century Fox doszedł do wniosku, że skoro przyszła moda na „rimejki” i kinowe uniwersa, warto dać mu jeszcze jedną szansę

Akcja „Dnia Niepodległości: Odrodzenie”, podobnie jak w świecie rzeczywistym, przeskoczyła o dwadzieścia lat do przodu. Po odparciu inwazji obcych Ziemianie przejęli ich technologię. Ani na moment nie zapomniano jednak o zagrożeniu z kosmosu, dlatego przy pomocy nowo uzyskanej wiedzy ludzkość zabezpieczyła Układ Słoneczny. Lada moment ma dojść do obchodów uczczenia rocznicy i wszystko wydaje się być w porządku... oczywiście do momentu, w którym być przestaje. I już w tym momencie natrafiamy na pierwsze scenariuszowe wtopy. Dowódcy stawiający kolejne zasieki w Układzie Słonecznym i dobrze pamiętający wydarzenia sprzed dwudziestu lat nagle pozostają głusi na tak oczywiste sygnały nadchodzącej inwazji, że dostrzegłoby je małe dziecko. Jest to zapewne związane z tym, że twórcy postanowili wprowadzić szereg nowych postaci i dać widzowi odrobinę czasu na ich poznanie, w związku z czym akcja (w przeciwieństwie do pierwszej części) rozwija się niezwykle powolnie. Niestety, pomimo starań, widz nie jest w stanie ani dobrze poznać, ani polubić któregokolwiek z nowych bohaterów, a to co wyprawiają Jessie T. Usher i Maika Monroe nie wystarczyłoby nawet do roli Muchomorka w przedszkolnym przedstawieniu. Niestety bardzo widoczny jest brak Willa Smitha, którego twórcy uśmiercili poza ekranem - za to przywrócili do życia postać, która umarła w pierwszej części, więc bilans się zgadza. Pierwszy akt filmu nie jest stratą czasu jedynie dzięki temu, że możemy poznać skutki wydarzeń sprzed dwóch dekad. Dowiadujemy się nieco więcej o tym co się działo, i szczerze mówiąc, jest to znacznie ciekawsze niż następujące później wydarzenia – z chęcią zobaczyłbym film o walkach w Afryce.

Kiedy w końcu akcja się rozkręca i dochodzi do inwazji, pojawia się pierwsze wielkie rozczarowanie – po kilku efektownych scenach (niestety po widowiskowym początku najazdu możemy zapomnieć o równie imponujących wizualnie scenach), okazuje się, że ani przez moment nie przejmujemy się wydarzeniami na ekranie. Jedni bohaterowie giną, inni wpadają w tarapaty, ale nie wywołuje to u widza żadnej reakcji emocjonalnej. Pomiędzy salą kinową a obsadą brakuje jakiejkolwiek więzi, niezależnie, czy chodzi o nowych bohaterów, czy tych znanych sprzed dwudziestu lat. W dodatku, kiedy wydaje się, że natłok postaci i wątków jest już zbyt duży, Emmerich wprowadza kolejne, zupełnie niepotrzebne, jak chociażby ten z Juliusem Levinsonem i dzieciakami. Miało to być chyba odniesienie do pierwszej części, w której to „zwykli Amerykanie” obserwują skutki katastrofy i próbują sobie z nią poradzić, ale wypadło to fatalnie. Samych odniesień do „Dnia Niepodległości” jest znacznie więcej i fani zobaczą sporo scen składających hołd produkcji sprzed dwudziestu lat (powraca między innymi słynny jump scare), ale owe autocytowanie nie sprawia, że film staje się lepszy.

„Dzień Niepodległości: Odrodzenie” jest bowiem fatalny, zawodzi tu właściwie każdy element; ani przez moment nie czuć napięcia lub więzi z bohaterami, a kolejne zwroty fabularne wywołują jedynie śmiech politowania – to chyba pierwszy seans w czasie którego, pomimo muzyki (słabej) i efektów dźwiękowych w kluczowych momentach filmu, słyszałem z sali kinowej głośne plaśnięcia dłoni o czoło. Scenariusz jest tak dziurawy, że wszelkie kanały youtube'owe jeszcze latami będą miały z niego pociechę, kiedy tylko produkcja ta ukaże się na Blu-ray. Jedyną w miarę udaną rzeczą w filmie, jest kilka scen akcji, oddających skalę inwazji, ale i w tej materii można odczuwać niedosyt.

I chociaż uważam „Dzień Niepodległości: Odrodzenie” za jeden z najgłupszych filmów jakie widziałem przez ostatnie dwadzieścia lat, to muszę przyznać, że w kinie bawiłem się naprawdę dobrze – nabijanie się z kolejnych fabularnych idiotyzmów omawianej produkcji przypominało mi seanse filmów tak złych, że aż dobrych. Jeśli lubicie wraz ze znajomymi wypić piwko i pośmiać się przy „Sharknado”, „Dzień Niepodległości: Odrodzenie” jest produkcją idealną dla was – tylko, że tutaj twórcy mieli kilkukrotnie większy budżet. W każdym innym wypadku zdecydowanie odradzam wizytę w kinie – nie dajcie się skusić nostalgii. Gdyby w kilku miejscach autorzy tego „dzieła” nie traktowali się zbyt poważnie, można by ten film uznać za autoparodię i postawić obok innego dzieła sprzed dwudziestu lat o najeździe kosmitów - „Marsjanie Atakują”. Ale oni tak chyba na poważnie...

Jestem jednak przekonany, że film się zwróci – kilka kwestii w języku mandaryńskim i bohaterska chińska pilotka (która tak naprawdę jest jedynie nagrodą dla trzecioplanowej postaci męskiej) gwarantują, że w Chinach „Dzień Niepodległości: Odrodzenie” stanie się hitem.

19 maja 2016

W czasach, gdy wampiry stały się błyszczącymi w słońcu miłośnikami nastoletnich ciap, „Amerykański Wampir” Scotta Snydera rzuca głęboki cień na „Zmierzch” oraz jego klony. Stworzonej wraz z Rafaelem Albuquerque serii komiksów gatunkowo znacznie bliżej do XIX-to wiecznego horroru, niż współczesnych interpretacji wampirzego mitu: Snyder potrafi w znakomity sposób czerpać z klasyki i filtrować ją przez swą bogatą wyobraźnię, w efekcie czego otrzymujemy wciągającą współczesną opowieść grozy. W szóstym tomie cyklu autor postanowił jednak wpuścić do wykreowanego świata także innych twórców. Jak z tym niełatwym zadaniem poradzili sobie jego koledzy po fachu?



Już pierwszy rzut oka na okładkę szóstego tomu „Amerykańskiego Wampira” wystarczył, żeby szybciej zabiło mi serce; nie dlatego, że znajduje się na niej wykręcona w gniewnym grymasie twarz jednego z krwiopijców (to dopiero przy drugim spojrzeniu) lecz z powodu kilku literek. Koło siebie znajdowały się nazwiska takich tuzów współczesnego komiksu, jak Snyder, Albuquerque, Aaron czy Rucki, a w stopce doszły kolejne, między innymi Lemire, Simone czy Francesco Francavilla... Przy takim zespole utalentowanych scenarzystów, nie mogłem się doczekać momentu, w którym zatopię kły w zebrane tu historie.

Zanim jednak przejdziemy do antologii, jesteśmy raczeni historią autorstwa Snydera. „Długa droga do piekła”, bo taki nosi ona tytuł, stanowi mocne otwarcie i w idealny sposób wprowadza w klimat cyklu. Scenarzysta prowadzi nas przez historię pewnej pary, która podobnie jak większość bohaterów „Amerykańskiego Wampira”, miała pecha znaleźć się w złym miejscu o złym czasie. W przeciwieństwie do kolejnych opowieści z tego albumu, scenarzysta nie musiał się mocno ograniczać w kwestii objętości, dlatego historia płynie odpowiednim rytmem, a czytelnik nie ma wrażenia, że większość wydarzeń toczy się gdzieś poza kadrem. Snyder potrafi przy użyciu prostych środków w mistrzowski sposób zbudować bohaterów, zarysować ich relacje oraz charaktery, dzięki czemu całość czyta się znakomicie. Scenarzysta może sobie pozwolić na oszczędną narrację głównie dzięki tradycyjnie znakomitym rysunkom Rafaela Albuquerque. Wiele tu ostrych kątów i grubej kreski, co podkreśla dzikość postaci, a częste zbliżenia na twarz i mimika bohaterów w idealny sposób uzupełniają scenariusz. Podobnie jest z kolorami: zwykle bure i stonowane, znakomicie kontrastują z czerwienią, której tu nie brakuje.

Antologię otwiera tekst Snydera, którego zakończenie poznamy dopiero na ostatnich stronach tomu, dlatego wrócę do niego nieco później. Opowieści napisane przez innych autorów rozpoczynają się od „Zaginionej Kolonii” Jasona Aarona, jednego z moich ulubionych scenarzystów. I tu niestety przychodzi pierwsze rozczarowanie – Aaron co prawda dobrze wyczuł brutalnego ducha serii, ale nie potrafił stworzonej historyjce nadać odpowiedniej mocy. Jest ona najzwyczajniej w świecie banalna, a od fachowca tej klasy należy wymagać więcej. Ilustracje Declana Shalveya sprawiają wrażenie wzorowanych na pracy wykonywanej przez Albuquerque i wygląda to ciekawie. Sam Albuquerque napisał zresztą kolejną opowieść, „Przeklęte Kansas” i jemu także nie udało się wyjść poza sztampę. Nie pomogły mu w tym także ilustracje i kolory Ivo Milazzo – użyte tu akwarele kompletnie nie pasują do zarówno do tej historii, jak i do całego albumu. Więcej szczęścia do rysownika miał Jeff Lemire i jego „Kanadyjski Wampir”, choć z pozoru nieudolne i chaotyczne, w ilustracjach Raya Fawkessa można odnaleźć pewne niepokojące piękno. Lemire chciał oddać hołd ojczystej Kanadzie, jednak podobnie jak wcześniejsza dwójka, w swej historii nie pokazał nic interesującego. Złą passę przełamuje dopiero Becky Cloonan, która w „Chciwości” opowiada nam jedną z wielu przygód przewrotnego Skinnera Sweeta – prostą, lecz niepozbawioną uroku, zupełnie jak jej bohater. Dopiero „Producenci” Francesco Francavilli sprawiają, że antologia zaczyna błyszczeć. Historia znanego z pierwszego tomu „Amerykańskiego Wampira” aktora Chase'a Hamiltona została znakomicie zilustrowana: całość dopełnia jedynie kilka kolorów (różne odcienie czerwieni, błękitu i czerni), ale dodane są w mistrzowski sposób, sprawiając, że każdy kadr hipnotyzuje. Gdyby Rafael Albuquerque postanowił kiedyś zakończyć przygodę z „Amerykańskim Wampirem”, trzymałbym kciuki właśnie za angaż
Francavilli. Najlepszym opowiadaniem zbioru jest jednak „Esencja życia” Gail Simone. Na kilku stronach otrzymujemy historię zarówno idealnie wpisującą się w realia serii (zgniłe i niemoralne Hollywood, naiwna młoda aktorka), jak i zawierającą znakomitą puentę, która nie wybrzmiewa od razu, a dzięki ilustracjom Tuly Lotay jeszcze na długo pozostaje z czytelnikiem. Tym większym rozczarowaniem jest kolejna opowieść, „Zeszłej nocy” Gabriela Ba i Fabio Moona. Ponownie zaprezentowano nam historyjkę, którą równie dobrze mógł opowiedzieć początkujący twórca, a nie uznany scenarzysta. Rozczarowanie nie towarzyszy jednak czytelnikowi długo, ponieważ Greg Rucka w „Portland, rok 1940” zaciera złe wrażenie. Jego historia w udany sposób dopełnia wydarzenia z głównej serii, uzupełniając pewne luki.

Antologię zamyka druga część „Z czasem zmieniasz zdanie” Snydera, opowieść, która stawia kropkę nad historią o Skinnerze Sweet, która toczyła się od pierwszego tomu. Właściwie to wielokropek, ponieważ jednocześnie zapowiada nadchodzące wielkimi krokami wydarzenia, które mogą zupełnie zmienić poznany do tej pory świat.



Szósty tom „Amerykańskiego Wampira” wywołuje ambiwalentne uczucia, z jednej strony mamy tu znakomite opowieści („Długa droga do piekła”, „Esencja życia”), ciekawe eksperymenty graficzne, pokazujące znany już czytelnikowi świat z zupełnie innej perspektywy („Producenci”, „Kanadyjski Wampir”), z drugiej jednak kilka banalnych historyjek, których po scenarzystach pokroju Aarona czy Lemire'a bym się nie spodziewał. Ponieważ większość opowieści z tego tomu toczy się na obrzeżach głównej historii, uzupełniając ją o pewne szczegóły i przybliżającej nam świat wampirów, jest to dobre miejsce zarówno do rozpoczęcia swojej przygody z „Amerykańskim Wampirem”, jak i klamra spinająca wydarzenia znane z tomów 1-5. Nowym czytelnikom polecałbym jednak sięgnięcie po pierwszy tom (współtworzony z samym Stephenem Kingiem), a „Antologię Amerykańskiego Wampira” zostawił tym, którzy kolekcjonują całą serię, lub dręczy ich niesłabnący głód, nie pozwalający wytrzymać kolejnego miesiąca bez tego znakomitego cyklu.

18 maja 2016

X-Men: Apocalypse [recenzja] BEZ SPOILERÓW

Bryan Singer stanął przed nie lada wyzwaniem – stworzone w znacznej mierze przez niego filmowe uniwersum X-Men w tym roku obchodzi już szesnaste urodziny. To wystarczająco dużo czasu, żeby znudzić widza i przy okazji samemu stracić pomysł na to, czym jeszcze można zaskoczyć. „X-Men: Apocalypse” to także wielkie wyzwanie ze względu na postać tytułowego antagonisty, jednego z najsłynniejszych komiksowych złoczyńców Marvela. Jak z tymi zadaniami poradził sobie reżyser?



„X-Men: Apocalypse” kontynuuje historię zapoczątkowaną przez „X-Men: Pierwsza Klasa” oraz „X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” i znajomość obu tych filmów (lub przynajmniej drugiego) jest dla zrozumienia całości konieczna. Co prawda akcja przeskakuje do lat 80., a na ekranie pojawia się szereg nowych postaci, ale prym w opowieści ponownie wiedzie trio Xavier, Magneto, Mystique. Losy całej trójki rozdzieliły się po wydarzeniach z lat 70., kiedy to mutanci ujawnili się światu, jednak wraz z pojawieniem się Apocalypse'a ponownie się połączą.

I chociaż sama historia nie grzeszy oryginalnością, bohaterowie sprawiają , że kolejne wydarzenia śledzimy z zainteresowaniem. Oglądanie na ekranie Fassbendera i McAvoya to jak zawsze czysta przyjemność, poniżej solidnego poziomu nie schodzi także reszta obsady. Szczególnie do gustu przypadli mi Tye Sheridan, Kodi Smit-McPhee oraz Alexandra Shipp jako młodzi Cyclops, Nightcrawler i Storm. Zawiedzeni będą jedynie fani Jubilee, która dostała rolę na granicy statystki, oraz Psylocke – ta pojawia się rzadko i nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć co kieruje jej poczynaniami. Ku sporej uldze, dobrze jako Jean Grey sprawdziła się Sophie Turner, co do występu której miałem ogromne obawy. Niestety tego samego nie można powiedzieć o Jennifer Lawrence, która gra po prostu fatalnie, nawet nie udając, że chce się jej przebywać na planie. Co gorsza, odnoszę wrażenie, że zapewniła sobie w kontrakcie ilość scen w których pojawi się w „niebieskiej” (naturalnej) formie i stoi to w kompletnej sprzeczności z tym jak dotychczas budowano jej postać. Scenarzyści próbowali wpleść w scenariusz wytłumaczenie, ale (w przeciwieństwie do jednolitych uniformów) nie mogę stwierdzić, żeby ten zabieg się udał. Widząc grę aktorki chyba nawet specom od efektów specjalnych nie chciało się specjalnie przykładać do pracy, przez co jej zmiany skóry wypadają gorzej niż we wcześniejszych produkcjach. Jennifer Lawrence nie raz i nie dwa udowadniała, że dysponuje dobrym warsztatem i zaskarbiła sobie uznanie publiczności jako zwykła dziewczyna i fanka, która właściwie tylko przypadkiem jest jedną z topowych aktorek w Hollywood, tym trudniej więc zrozumieć to, co pokazała w „X-Men: Apocalypse”.

Z aktorami wiąże się jeszcze jedna wada filmu, której nie mogli wychwycić zagraniczni recenzenci. Po wydarzeniach z „X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” Magneto uciekł do Polski i tutaj, pod przybranym imieniem i nazwiskiem, rozpoczął nowe życie, odmienne od dotychczasowego. Singer podjął decyzję, by większość scen z tego wątku kręcić w języku polskim, co niestety nie było dobrym rozwiązaniem, a przynajmniej nie dla widza, dla którego polski jest ojczystym językiem. Michael Fassbender stara się (nawet śpiewa po polsku!), ale o ile dla zagranicznego widza może to nie mieć znaczenia, tak dla polskiego wypada to po prostu śmiesznie. A niestety niezamierzony efekt komediowy w przypadku wątku Magneto kompletnie kłóci się z jego dramatyzmem.

Na osobny akapit zasługuje tytułowy antagonista. Po opublikowaniu pierwszych zdjęć Oscara Isaaca w stroju Apocalypse'a nie szczędziłem krytycznych uwag – wyglądał niczym tandetny przeciwnik Power Rangers z lat 90. (a nawet Power Rangers i ich wrogowie już tego nie robią!). W samym filmie wypadł jednak znacznie lepiej – Singer poświęca mu odpowiednią ilość czasu, dzięki czemu rozumiemy skąd się wziął i do czego (oraz dlaczego) dąży, a Isaac znakomicie to pokazuje. Chętnie obejrzałbym jeszcze kilka scen z przeszłości En Sabah Nura, na to jednak nie było już miejsca – film i tak trwa ponad 2 godziny. Tym, czego mi u Apocalypse'a brakuje, jest nieustanne poczucie obcowania z wszechpotężną, niemożliwą do pokonania istotą.

Chociaż w filmie nie brakuje efektownych scen, mnie ponownie najbardziej oczarowała ta, w której swoimi mocami popisuje się Quicksilver. Po „X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” nie można już co prawda napisać, że „czegoś takiego na ekranach jeszcze nie widzieliście!”, ale nie byłoby to wcale duże nadużycie – Singer wziął pomysł z tamtego filmu i podniósł go do kwadratu! Dopóki w obsadzie kolejnych produkcji będzie się pojawiał Evan Peters zawsze znajdzie się odpowiedź na pytanie „po co komu kolejny film z X-Men?” - właśnie dla sceny z Quicksilverem!

Nie wiem, czy Singer dobrze rozumie komiksowych mutantów, czy może zafiksował się na pewnej ich wizji (niekoniecznie najpopularniejszej), podobnie jak zrobił to Snyder z Batmanem i Supermanem. Na pewno jednak dobrze wie jacy są mutanci w filmowym uniwersum studia FOX i prezentując ich przygody wykonuje kawał świetnej roboty. „X-Men: Apocalypse” to dobrze zrealizowane kino rozrywkowe, z odpowiednio wyważonymi proporcjami dramatu, humoru oraz akcji. Singer co prawda momentami mógłby wyjść na chwilę z bezpiecznej, wypracowanej przez lata strefy, ale nawet bez tego zapewnia fanom uniwersum odpowiednią dawkę zabawy.


PS. Jeśli oglądaliście wszystkie przedpremierowe materiały dotyczące filmu wiecie, że w „X-Men: Apocalypse” pojawia się Pewna Postać Której Obecność Zdradziły Zwiastuny – o jej występie nie będę więcej pisał, żeby nie zepsuć wam niespodzianki, powiem jedynie, że właśnie na taką czekali fani!

28 kwietnia 2016

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów [recenzja] BEZ SPOILERÓW

Po ośmiu latach, jakie minęły od czasu będącego faktycznym początkiem Marvel Cinematic Universe „Iron Mana” zacząłem odczuwać lekkie znużenie kinem superbohaterskim tworzonym przez Disneya. Uczuciu temu na pewno nie pomógł średni „Czas Ultrona” oraz fatalne „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” od konkurencyjnego DC; biorąc pod uwagę zbliżoną tematykę oraz datę premiery od porównań do tego drugiego filmu nie da się zresztą uciec. Na „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” szedłem więc ze sporymi obawami. Tym większy był jednak mój entuzjazm po wyjściu z sali kinowej!



„Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” rozpoczyna się w podobny sposób, jak jego komiksowy odpowiednik, od nieudanej akcji superbohaterów, w wyniku której giną cywile. W efekcie tych zdarzeń herosi zmuszeni są poradzić sobie z dyplomatycznym kryzysem, co z kolei prowadzi do rozłamu w samej drużynie. Tony Stark dąży bowiem do zwiększenia kontroli nad działaniami ludzi obdarzonych mocami, natomiast Steve Rogers, pamiętając wydarzenia z „Zimowego Żołnierza” i skalę inwigilacji dokonanej przez Hydrę, nie chce powierzać losu własnego oraz drużyny w ręce polityków. O ile jednak w komiksie różnice ideologiczne pomiędzy przyjaciółmi stanowiły rdzeń konfliktu, w filmie schodzę one na dalszy plan. Bracia Russo sprawili, że powody popychające bohaterów do konkretnych działań są znacznie bardziej osobiste, a podstawą konfliktu są relacje w trójkącie Stark-Rogers-Barnes. Chociaż w filmie pojawia się znany z kart komiksów złoczyńca, Baron Zemo, jego rola jest naprawdę marginalna. W trwającym niedawno komiksowym wydarzeniu „Secret Wars” w jednym z tie-inów Charles Soule postanowił pokazać jak mogłaby wyglądać przyszłość, w której herosi uwikłani w Wojnę Domową nie przestają walczyć. W ciągłym podsysaniu konfliktu brały udział siły Skrulli, w kluczowych momentach prowokując oraz mordując przedstawicieli zwaśnionych stron, i podobną rolę w „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” pełni Zemo. Niestety nie jest to przeciwnik, którego zapamiętamy na długo i z przykrością stwierdzam, że po raz kolejny Marvel zmarnował potencjał superłotra.

Siłą napędową filmu są znakomicie napisani bohaterowie. Chociaż na ekranie pojawia się ich wielu, w jakiś tajemniczy sposób braciom Russo udaje się sprawić, że każdy z nich ma szansę zabłysnąć i nikt nie może czuć się pominięty. Dotyczy to zresztą nie tylko postaci, które już dobrze znamy, ale także nowych twarzy – Spider-Mana i Czarnej Pantery. Ekranizacje komiksów jak dotąd („Spider-Man 3”, „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości) nie rozpieszczały nas przy wprowadzaniu większej ilości ikonicznych postaci, jednak „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” stanowi wyjątek od reguły. I to jaki! Zarówno Pantera, jak i Pająk zostali niemalże żywcem przeniesieni z komiksowych kadrów na ekran i swoimi występami rozbudzają apetyt na solowe filmy ich udziałem. Wcielający się w Spider-Mana Tom Holland znakomicie odnajduje się zarówno jako Peter Parker, onieśmielony i ciekawski nastolatek (w końcu nie gra go aktor po 30stce!), jak i Pająk, rzucający w trakcie walki żarcikami, próbując sobie w ten sposób dodać odwagi; w obu tych wcieleniach jest niezwykle naturalny, świetnie oddając dualny charakter granej postaci. Chadwick Boseman jako Czarna Pantera zdaje się być przeciwieństwem młodego bohatera - jest poważny, zawzięty i pewny siebie, zarówno jako T'Challa, jak i po włożeniu kostiumu; ani przez moment nie zapominamy, że jest dumnym władcą potężnego państwa! To z jak wielkim szacunkiem bracia Russo podchodzą do materiału źródłowego, a jednocześnie umiejętność przekładania tego na język srebrnego ekranu jest niesamowite! Chociaż bezpośrednio kontynuowane są tu historie zarówno z „Avengers: Czas Ultrona” jak i „Zimowego Żołnierza”, to w natłoku wątków i postaci nie zapominamy, że jest to film o Kapitanie Ameryce. Trzeba jednak pamiętać o tym, że widz który nie widział wspominanych produkcji może poczuć się zagubiony.

Oglądając zwiastuny odnosiłem wrażenie, że „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” nie zaskoczy mnie niczym w kwestii pokazania scen akcji. Spodziewałem się sekwencji równie udanych co w „Zimowym Żołnierzu”, ale niewiele wychodzących poza poziom tej produkcji. Bardzo skromnie wyglądała np. scena na lotnisku, w której dwie drużyny bohaterów ruszają na siebie, niczym w komiksowych odpowiednikach. Cieszę się z faktu, że zwiastuny pokazały tak niewiele, ponieważ to, co widzimy w czasie pojedynku obu zespołów, to jedna z najlepszych scen walki w historii kina – i nie mam tutaj na myśli jedynie jego superbohaterskiego odłamu! W trakcie seansu ma się wręcz ochotę głośno krzyczeć z wrażenia! Fantastycznie wypadają także te bardziej kameralne pojedynki, chociaż osobiście żałuję, że niektóre ujęcia nie trwały odrobinę dłużej – mam nadzieję, że przy „Avengers: Infinity War” bracia Russo zdecydują się na mniej agresywny montaż.

Wszystkich którzy obawiali się zbyt lekkiego tonu filmu pragnę uspokoić – zdecydowano się tutaj na utrzymanie klimatu znanego z „Zimowego Żołnierza”. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma żartów – jest ich wiele i niektóre są naprawdę znakomite (scena w samochodzie!). Chciałbym także zobaczyć kiedyś team-up Ant-Mana i Spider-Mana, obaj nie znają umiaru w rzucaniu kąśliwymi komentarzami podczas walki. Jednak kiedy przychodzi pora, aby uderzyć w poważniejsze tony, scenarzyści kończą z dowcipami. Jest tu wiele dramatycznych scen (fantastycznie zagrał Robert Downey Jr) i nikt nie próbuje przerywać ich tanimi żartami. Nie wiem niestety jak wygląda kwestia tłumaczenia i czy nie pojawiają się w rodzimej wersji potworki pokroju „Tak, to moja stara.”, ponieważ na pokazie prasowym wyświetlano wersję bez napisów.

„Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” jest spełnieniem marzeń każdego, kto zaczytywał się (i/lub w dalszym ciągu to robi) w komiksach. Nie było jeszcze produkcji, która w równie udany sposób przenosiłaby superbohaterszczyznę na kinowe ekrany. Bracia Russo potraktowali materiał źródłowy niezwykle dojrzale – nie próbowali bez ładu i składu wrzucać do filmu dziesiątek odniesień zrozumiałych jedynie dla zagorzałych fanów historii obrazkowych (co nie znaczy, że mrugnięć okiem nie ma!), jak to uczynił Zack Snyder, a wzięli to, co w komiksach najlepsze i wykorzystali do zbudowania spójnej całości. Tytułowy konflikt nie został przedstawiony w jednoznaczny sposób – każda strona ma swoje motywacje i widz nie musi się doszukiwać sensu w działaniach bohaterów dopiero po seansie. Każda akcja i podjęta decyzja z czegoś wynika, a dzięki temu, że postaci są znakomicie skonstruowane, przejmujemy się ukazanymi wydarzeniami. „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” to najlepszy film Marvela, najlepsza produkcja z superbohaterami, a także jeden z najlepszych filmów akcji w historii kina!

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review