Choć Wonder Woman jest
najpopularniejszą superbohaterką na świecie, polski czytelnik jak
dotąd nie miał wielu okazji do zapoznania się z waleczną
Amazonką. Jeśli jednak wraz z kampanią promocyjną (nieszczęsnego)
„Batman v Superman. Świt Sprawiedliwości” zainteresowaliście
się postacią Diany, na rynku dostępna jest idealna pozycja od
której można rozpocząć przygodę z Wonder Woman.
Historia przedstawiona w serii toczy
się wokół dwóch wątków: zniknięcia Zeusa i przejęcia schedy
po nim oraz losów jego najmłodszego bękarta. Walka o tron,
zazdrosna żona, młoda i krnąbrna matka, zdrady oraz knowania –
wszystko to składa się na opowieść, w której nie brakuje zwrotów
akcji (poznajemy między innymi nowy origin Wonder Woman), a
czytelnik nie ma okazji żeby się nudzić. Scenarzyście nie
wszystko jednak udało się idealnie; jedną z rzeczy których w
komiksach nie lubię i przez którą moim zdaniem wiele historii źle
zniosło próbę czasu, jest nadmierna ekspozycja. Azzarello zdaje
się uważać podobnie, jednak zarówno w tym, jak i kolejnych tomach
zdarza mu się przedobrzyć i pozostawić czytelnika w zbyt dużej
niepewności co do przedstawionych wydarzeń – konia z rzędem
temu, kto od razu zrozumiał o co chodziło chociażby w zakończeniu
pierwszego tomu.
Świetną pracę wykonali panowie Cliff
Chiang (zeszyty 1-4) i Tony Ankins (zeszyty 5-6). Ich Wonder Woman
jest potężną wojowniczką i ani przez moment w to nie wątpimy.
Często widzimy ją na tle zwykłej ziemskiej dziewczyny jaką jest
Zola, co daje nam dobrą perspektywę: Diana zdecydowanie góruje
zarówno nad nią, jak i większością śmiertelników. Chiangowi i
Ankinsowi (szczególnie temu drugiemu) udało się także w znakomity
sposób pokazać fizyczność Amazonki: jest niezwykle atrakcyjną,
pełną wdzięku kobietą, ale kiedy zmuszona jest do wysiłku (na
przykład unosząc samochód) wyraźnie zarysowują się u niej
mięśnie, których pozazdrościć mógłby niejeden bywalec siłowni.
Wonder Woman cały czas emanuje siłą (zarówno fizyczną, jak i
charakteru), przy czym nie traci (a może nawet zyskuje?) nic z
seksapilu, za co rysownikom należą się ogromne brawa. Bardzo
ciekawie prezentują się także pozostałe postaci: Niezgoda,
Apollo, Wojna czy Hades. Chiang bawi się ich mitologicznymi
wizerunkami i przerabia je w niezwykle interesujący sposób.
Zastrzeżenia mam jedynie do Posejdona, przy którym moim zdaniem
artysta chyba nieco zbyt mocno „odpłynął”. Wszystko to
rysowane jest przez Chianga (Ankins od tego odchodzi) niezwykle grubą
kreską, która podkreśla posągowość bohaterów, od razu
nasuwając skojarzenie z antycznymi rzeźbami. Całości dopełniają
znakomite kolory autorstwa Matthew Wilsona, odpowiednio akcentujące
nie tylko postaci, ale także scenerię, oświetlenie, pogodę czy
porę dnia: wszystko to jesteśmy w stanie określić już po
pierwszym rzucie oka na stronę, dzięki czemu od razu wiemy jaki
nastrój panuje w danej scenie.
„Wonder Woman: Krew” to początek
znakomitej serii, która powinna przypaść do gustu wielu grupom
czytelników: niski poziom wejścia, silna bohaterka, unikalny
klimat, znakomite ilustracje oraz duża ilość akcji to mieszanka potężna niczym spartańska armia. Jeśli, podobnie jak ja, zaczytywaliście się w
„Mitologii” Jana Parandowskiego, będziecie „Wonder Woman:
Krew” zachwyceni!
Interesująca recenzja, z tej strony na to nie spojrzałam wcześniej. Dzięki
OdpowiedzUsuń