Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z czerwiec, 2016

Dzień Niepodległości: Odrodzenie, czyli jak o mało nie wyszedłem z kina pobity własnymi facepalmami

Nie lubię, łagodnie rzecz ujmując, kiedy złych filmów broni się hasłami typu „bo to na wyłączenie myślenia”, „czego się spodziewałeś od kina akcji”, „to tylko rozrywka”. W ten sposób sami widzowie tworzą wymówki dla hollywoodzkich twórców i pozwalają na produkowanie coraz gorszych jakościowo blockbusterów (jak np. robi to Michael Bay). Nie znaczy to oczywiście, że do każdego filmu przykładam tę samą miarę i od „Szybkich i Wściekłych” oczekuję moralnych dylematów. Nie cierpię jednak, kiedy producent traktuje widza niczym skończonego idiotę. Gdzieś na pograniczu złych produkcji istnieje jeszcze osobna kategoria, bardzo subiektywna, tak zwane guilty pleasure, w której lądują filmy, które nawet kiedy wiemy, że są kiepskie, sprawiają nam przyjemność. Przykładem takiej właśnie rozrywki zawsze był dla mnie „Dzień Niepodległości”
Kiedy dwadzieścia lat temu jako chłopiec (na tyle młody, że do kina poszedłem z rodzicami), oglądałem „Dzień Niepodległości” byłem tym filmem oczarowany i nie ukrywa…