.

.

18 maja 2016

X-Men: Apocalypse [recenzja] BEZ SPOILERÓW

Bryan Singer stanął przed nie lada wyzwaniem – stworzone w znacznej mierze przez niego filmowe uniwersum X-Men w tym roku obchodzi już szesnaste urodziny. To wystarczająco dużo czasu, żeby znudzić widza i przy okazji samemu stracić pomysł na to, czym jeszcze można zaskoczyć. „X-Men: Apocalypse” to także wielkie wyzwanie ze względu na postać tytułowego antagonisty, jednego z najsłynniejszych komiksowych złoczyńców Marvela. Jak z tymi zadaniami poradził sobie reżyser?



„X-Men: Apocalypse” kontynuuje historię zapoczątkowaną przez „X-Men: Pierwsza Klasa” oraz „X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” i znajomość obu tych filmów (lub przynajmniej drugiego) jest dla zrozumienia całości konieczna. Co prawda akcja przeskakuje do lat 80., a na ekranie pojawia się szereg nowych postaci, ale prym w opowieści ponownie wiedzie trio Xavier, Magneto, Mystique. Losy całej trójki rozdzieliły się po wydarzeniach z lat 70., kiedy to mutanci ujawnili się światu, jednak wraz z pojawieniem się Apocalypse'a ponownie się połączą.

I chociaż sama historia nie grzeszy oryginalnością, bohaterowie sprawiają , że kolejne wydarzenia śledzimy z zainteresowaniem. Oglądanie na ekranie Fassbendera i McAvoya to jak zawsze czysta przyjemność, poniżej solidnego poziomu nie schodzi także reszta obsady. Szczególnie do gustu przypadli mi Tye Sheridan, Kodi Smit-McPhee oraz Alexandra Shipp jako młodzi Cyclops, Nightcrawler i Storm. Zawiedzeni będą jedynie fani Jubilee, która dostała rolę na granicy statystki, oraz Psylocke – ta pojawia się rzadko i nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć co kieruje jej poczynaniami. Ku sporej uldze, dobrze jako Jean Grey sprawdziła się Sophie Turner, co do występu której miałem ogromne obawy. Niestety tego samego nie można powiedzieć o Jennifer Lawrence, która gra po prostu fatalnie, nawet nie udając, że chce się jej przebywać na planie. Co gorsza, odnoszę wrażenie, że zapewniła sobie w kontrakcie ilość scen w których pojawi się w „niebieskiej” (naturalnej) formie i stoi to w kompletnej sprzeczności z tym jak dotychczas budowano jej postać. Scenarzyści próbowali wpleść w scenariusz wytłumaczenie, ale (w przeciwieństwie do jednolitych uniformów) nie mogę stwierdzić, żeby ten zabieg się udał. Widząc grę aktorki chyba nawet specom od efektów specjalnych nie chciało się specjalnie przykładać do pracy, przez co jej zmiany skóry wypadają gorzej niż we wcześniejszych produkcjach. Jennifer Lawrence nie raz i nie dwa udowadniała, że dysponuje dobrym warsztatem i zaskarbiła sobie uznanie publiczności jako zwykła dziewczyna i fanka, która właściwie tylko przypadkiem jest jedną z topowych aktorek w Hollywood, tym trudniej więc zrozumieć to, co pokazała w „X-Men: Apocalypse”.

Z aktorami wiąże się jeszcze jedna wada filmu, której nie mogli wychwycić zagraniczni recenzenci. Po wydarzeniach z „X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” Magneto uciekł do Polski i tutaj, pod przybranym imieniem i nazwiskiem, rozpoczął nowe życie, odmienne od dotychczasowego. Singer podjął decyzję, by większość scen z tego wątku kręcić w języku polskim, co niestety nie było dobrym rozwiązaniem, a przynajmniej nie dla widza, dla którego polski jest ojczystym językiem. Michael Fassbender stara się (nawet śpiewa po polsku!), ale o ile dla zagranicznego widza może to nie mieć znaczenia, tak dla polskiego wypada to po prostu śmiesznie. A niestety niezamierzony efekt komediowy w przypadku wątku Magneto kompletnie kłóci się z jego dramatyzmem.

Na osobny akapit zasługuje tytułowy antagonista. Po opublikowaniu pierwszych zdjęć Oscara Isaaca w stroju Apocalypse'a nie szczędziłem krytycznych uwag – wyglądał niczym tandetny przeciwnik Power Rangers z lat 90. (a nawet Power Rangers i ich wrogowie już tego nie robią!). W samym filmie wypadł jednak znacznie lepiej – Singer poświęca mu odpowiednią ilość czasu, dzięki czemu rozumiemy skąd się wziął i do czego (oraz dlaczego) dąży, a Isaac znakomicie to pokazuje. Chętnie obejrzałbym jeszcze kilka scen z przeszłości En Sabah Nura, na to jednak nie było już miejsca – film i tak trwa ponad 2 godziny. Tym, czego mi u Apocalypse'a brakuje, jest nieustanne poczucie obcowania z wszechpotężną, niemożliwą do pokonania istotą.

Chociaż w filmie nie brakuje efektownych scen, mnie ponownie najbardziej oczarowała ta, w której swoimi mocami popisuje się Quicksilver. Po „X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” nie można już co prawda napisać, że „czegoś takiego na ekranach jeszcze nie widzieliście!”, ale nie byłoby to wcale duże nadużycie – Singer wziął pomysł z tamtego filmu i podniósł go do kwadratu! Dopóki w obsadzie kolejnych produkcji będzie się pojawiał Evan Peters zawsze znajdzie się odpowiedź na pytanie „po co komu kolejny film z X-Men?” - właśnie dla sceny z Quicksilverem!

Nie wiem, czy Singer dobrze rozumie komiksowych mutantów, czy może zafiksował się na pewnej ich wizji (niekoniecznie najpopularniejszej), podobnie jak zrobił to Snyder z Batmanem i Supermanem. Na pewno jednak dobrze wie jacy są mutanci w filmowym uniwersum studia FOX i prezentując ich przygody wykonuje kawał świetnej roboty. „X-Men: Apocalypse” to dobrze zrealizowane kino rozrywkowe, z odpowiednio wyważonymi proporcjami dramatu, humoru oraz akcji. Singer co prawda momentami mógłby wyjść na chwilę z bezpiecznej, wypracowanej przez lata strefy, ale nawet bez tego zapewnia fanom uniwersum odpowiednią dawkę zabawy.


PS. Jeśli oglądaliście wszystkie przedpremierowe materiały dotyczące filmu wiecie, że w „X-Men: Apocalypse” pojawia się Pewna Postać Której Obecność Zdradziły Zwiastuny – o jej występie nie będę więcej pisał, żeby nie zepsuć wam niespodzianki, powiem jedynie, że właśnie na taką czekali fani!

Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review