Bryan Singer stanął przed nie lada
wyzwaniem – stworzone w znacznej mierze przez niego filmowe
uniwersum X-Men w tym roku obchodzi już szesnaste urodziny. To
wystarczająco dużo czasu, żeby znudzić widza i przy okazji samemu
stracić pomysł na to, czym jeszcze można zaskoczyć. „X-Men:
Apocalypse” to także wielkie wyzwanie ze względu na postać
tytułowego antagonisty, jednego z najsłynniejszych komiksowych
złoczyńców Marvela. Jak z tymi zadaniami poradził sobie reżyser?
„X-Men: Apocalypse” kontynuuje
historię zapoczątkowaną przez „X-Men: Pierwsza Klasa” oraz
„X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” i znajomość obu tych
filmów (lub przynajmniej drugiego) jest dla zrozumienia całości
konieczna. Co prawda akcja przeskakuje do lat 80., a na ekranie
pojawia się szereg nowych postaci, ale prym w opowieści ponownie
wiedzie trio Xavier, Magneto, Mystique. Losy całej trójki
rozdzieliły się po wydarzeniach z lat 70., kiedy to mutanci
ujawnili się światu, jednak wraz z pojawieniem się Apocalypse'a
ponownie się połączą.
I chociaż sama historia nie grzeszy
oryginalnością, bohaterowie sprawiają , że kolejne wydarzenia
śledzimy z zainteresowaniem. Oglądanie na ekranie Fassbendera i
McAvoya to jak zawsze czysta przyjemność, poniżej solidnego
poziomu nie schodzi także reszta obsady. Szczególnie do gustu
przypadli mi Tye Sheridan, Kodi Smit-McPhee oraz Alexandra Shipp jako
młodzi Cyclops, Nightcrawler i Storm. Zawiedzeni będą jedynie fani
Jubilee, która dostała rolę na granicy statystki, oraz Psylocke –
ta pojawia się rzadko i nie do końca jesteśmy w stanie zrozumieć
co kieruje jej poczynaniami. Ku sporej uldze, dobrze jako Jean Grey
sprawdziła się Sophie Turner, co do występu której miałem
ogromne obawy. Niestety tego samego nie można powiedzieć o Jennifer
Lawrence, która gra po prostu fatalnie, nawet nie udając, że chce
się jej przebywać na planie. Co gorsza, odnoszę wrażenie, że
zapewniła sobie w kontrakcie ilość scen w których pojawi się w
„niebieskiej” (naturalnej) formie i stoi to w kompletnej
sprzeczności z tym jak dotychczas budowano jej postać. Scenarzyści
próbowali wpleść w scenariusz wytłumaczenie, ale (w
przeciwieństwie do jednolitych uniformów) nie mogę stwierdzić,
żeby ten zabieg się udał. Widząc grę aktorki chyba nawet specom
od efektów specjalnych nie chciało się specjalnie przykładać do
pracy, przez co jej zmiany skóry wypadają gorzej niż we
wcześniejszych produkcjach. Jennifer Lawrence nie raz i nie dwa
udowadniała, że dysponuje dobrym warsztatem i zaskarbiła sobie
uznanie publiczności jako zwykła dziewczyna i fanka, która
właściwie tylko przypadkiem jest jedną z topowych aktorek w
Hollywood, tym trudniej więc zrozumieć to, co pokazała w „X-Men:
Apocalypse”.
Z aktorami wiąże się jeszcze jedna
wada filmu, której nie mogli wychwycić zagraniczni recenzenci. Po
wydarzeniach z „X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie” Magneto
uciekł do Polski i tutaj, pod przybranym imieniem i nazwiskiem,
rozpoczął nowe życie, odmienne od dotychczasowego. Singer podjął
decyzję, by większość scen z tego wątku kręcić w języku
polskim, co niestety nie było dobrym rozwiązaniem, a przynajmniej
nie dla widza, dla którego polski jest ojczystym językiem. Michael
Fassbender stara się (nawet śpiewa po polsku!), ale o ile dla
zagranicznego widza może to nie mieć znaczenia, tak dla polskiego
wypada to po prostu śmiesznie. A niestety niezamierzony efekt
komediowy w przypadku wątku Magneto kompletnie kłóci się z jego
dramatyzmem.

Chociaż w filmie nie brakuje
efektownych scen, mnie ponownie najbardziej oczarowała ta, w której
swoimi mocami popisuje się Quicksilver. Po „X-Men: Przeszłość
Która Nadejdzie” nie można już co prawda napisać, że „czegoś
takiego na ekranach jeszcze nie widzieliście!”, ale nie byłoby to
wcale duże nadużycie – Singer wziął pomysł z tamtego filmu i
podniósł go do kwadratu! Dopóki w obsadzie kolejnych produkcji
będzie się pojawiał Evan Peters zawsze znajdzie się odpowiedź na
pytanie „po co komu kolejny film z X-Men?” - właśnie dla sceny
z Quicksilverem!
Nie wiem, czy Singer dobrze rozumie
komiksowych mutantów, czy może zafiksował się na pewnej ich wizji
(niekoniecznie najpopularniejszej), podobnie jak zrobił to Snyder z
Batmanem i Supermanem. Na pewno jednak dobrze wie jacy są mutanci w
filmowym uniwersum studia FOX i prezentując ich przygody wykonuje
kawał świetnej roboty. „X-Men: Apocalypse” to dobrze
zrealizowane kino rozrywkowe, z odpowiednio wyważonymi proporcjami
dramatu, humoru oraz akcji. Singer co prawda momentami mógłby wyjść
na chwilę z bezpiecznej, wypracowanej przez lata strefy, ale nawet
bez tego zapewnia fanom uniwersum odpowiednią dawkę zabawy.
PS. Jeśli oglądaliście wszystkie
przedpremierowe materiały dotyczące filmu wiecie, że w „X-Men:
Apocalypse” pojawia się Pewna Postać Której Obecność Zdradziły
Zwiastuny – o jej występie nie będę więcej pisał, żeby nie
zepsuć wam niespodzianki, powiem jedynie, że właśnie na taką
czekali fani!
Dla mnie X-Men to jedna z najlepszych serii filmowych o super bohaterach. Od jakiegoś czasu kolekcjonuję różne rzeczy związane z tą sagą m.in. figurki, filmy na DVD, a także gadżety filmowe - https://4gift.pl/gadzety/gadzety-filmowe/. Moją ulubioną postacią z X-Men-ów jest Wolverine :).
OdpowiedzUsuń