.

.

16 maja 2013

Tony Stark 1, czyli Iron Man 3 [recenzja]

Piątkową nocą redakcja (2/3 razem, 1/3 osobno, za to na NMF) wybrała się na seans Iron Mana 3 - chyba nie sądziliście, że sobie ten film odpuścimy?! Czas na moją recenzję i wrażenia reszty gangu - z racji tego, że zakładam z góry, że każdy czytelnik tego bloga widział już IM3, tekst ZAWIERA SPOILERY. Zostaliście ostrzeżeni, żeby mi potem płaczu nie było.

el Browarre: Wraz z trzecią częścią zmieniła się osoba reżysera oraz scenarzysty - Johna Favreau  (ponownie wciela się w Happy'ego) zastąpił Shane Black, znany głównie z Zabójczej Broni (uwierzycie, że ten film ma już 26 lat?). Co prawda część druga nie była tak dobra, jak pierwsza, nie widziałem jednak powodu do rotacji na wspomnianych stanowiskach, w związku z czym miałem nieco obaw, czy wyjdą one na dobre. Na szczęście Black udowodnił, że warto było mu zaufać, tworząc film, który nie odcina się od poprzednich, wprowadza jednak do znanej serii wiele własnych pomysłów - tym razem ilość scen akcji została ograniczona na rzecz fabuły i dokładniejszego ukazania bohaterów, ich motywacji, potrzeb czy nawet psychicznych problemów. Kłopotów z nowym reżyserem nie miał też Robert Downey Jr. - obaj panowie współpracowali razem (z dobrym skutkiem) na planie "Kiss Kiss Bang Bang". W Polsce film ten przemknął trochę bez echa, a jest naprawdę niezłą komedią sensacyjną, jeśli jeszcze nie widzieliście - polecam, miła rozrywka na wieczór przy piwku.

Fabuła bazuje na wydanym u nas niedawno w ramach WKKM "Iron Man: Extremis". Jestem  fanem tego komiksu i uważam, że lepszej bazy dla fabuły nie można było znaleźć. Tony Stark zmaga się z dręczącymi go lękami po wydarzeniach, które miały miejsce w "Avengers". Nie śpi, majsterkuje, buduje kolejne zbroje, nie jest jednak w stanie wytrzymać zbyt długo bez przebywania w bezpiecznym wnętrzu pancerza (tak, tak, łono matki, faza embrionalna, wiemy to). Kiedy Tony zaczyna pracować nad nową, zdalnie sterowaną i posłuszną jego woli wersją zbroi, przez świat przetacza się fala zamachów, za które odpowiedzialny jest tajemniczy Mandarin, w dodatku Starka dopadają demony z przeszłości... I tutaj ważny morał - nie poniżaj nerdowatego naukowca, bo ci w przyszłości rozpierdoli dom z helikoptera.

Cava: Tej scenie brakowało właściwie tylko głośnej obietnicy zemsty, wykrzyczanej prosto w niebo. Tylko wtedy byłaby bardziej oklepana.

el Browarre: Tony musi zdefiniować się na nowo, nie jako koleś w supernowoczesnym pancerzu, ale mechanik oraz prawdziwy bohater. Taki, który jest nim nie tylko w swoim bajeranckim, służbowym wdzianku. I tutaj brakuje mi nieco tego, co zwieńczało komiks, czyli uczynienia ze Starka i jego pancerza jedności. Jasne, Tony udowadnia, że to on jest Iron Manem, ale zabrakło postawienia tej kropki nad i... Kto wie, może w Avengers 2, może w IM4.

Cava: Owszem, brakuje tego i to bardzo. Choć zakończenie IM3 w ten sposób kłóciłoby się z myślą przewodnią. Oto Tony Stark staje się na powrót człowiekiem. Nie tylko jest odarty ze zbroi, ale też z reaktora w piersi oraz odłamków torujących sobie drogę do jego serca. El Browarre ostrzegał, że będą spoilery, nie? Tak więc nie byłoby sensu robienie ze Starka mutanta, skoro chcemy uczynić go superherosem-człowiekiem, podkreślić to, co czyni go wyjątkowym. Coś w deseń Batmana. Tylko nie widzę sensu zarażaniem Extremis Pepper. (w komiksie też mu usunięto odłamki i reaktor - dop. el Browarre) Owszem, ale komiks miał na to o wiele więcej czasu. Na przestrzeni bodaj kilkuset numerów budowano postać Starka, ukazywano jego przemianę, wątpliwości, cele. Dojrzewał do usunięcia odłamków i reaktora. Tutaj dzieje sie to na doczepkę, w ostatnich sekundach, a to przecież cholernie ważne wydarzenie dla tej postaci.

Agu: Przed seansem dostałam od el Browarre nakaz przeczytania wspomnianego komiksu z WKKM, ale zdążyłam przeczytać tylko dwa zeszyty. Do tego powiedział mi, że liczy na przeskakiwanie Tony'ego między zbrojami. To wystarczyło zupełnie, abym wyobraziła sobie jak to wszystko ma wyglądać. I faktycznie tak wyglądało, niczego mi nie brakowało. Nie będę porównywać filmu do komiksu, lub odwrotnie - dla mnie film był bardzo dobrą kontynuacją poprzednich części i to mnie w zupełności zadowala jako widza.

el Browarre: Sam wątek Extremis dość mocno odbiega od fabuły komiksu, ale poprowadzony jest dość sprawnie, widz raczej nie ma prawa się nudzić. Wszystko to sprawia, że w trzecim Iron Manie tak naprawdę bardzo mało jest scen, w których Stark zakłada zbroję. Bardzo mało jak na to, co było w poprzednich częściach. Spodziewałem się zupełnie innego filmu i w pierwszej chwili po seansie byłem nieco skonfundowany, jest trochę tak, że dostajemy część pierwszą Tony'ego Starka, a nie trzecią Iron Mana. No, byłoby tak, gdyby nie odróżniać osoby i symbolu od pancerza ;). Dla rozładowania napięcia wprowadzono mnóstwo zabawnych dialogów (naprawdę śmiesznych, nie takich jak w Transformers). Rozczarował mnie chyba najbardziej końcowy monolog, a raczej jego początek. Choć generalnie zakończenie nie przypadło mi do gustu. Nie lubię zamykania kilku wątków jednocześnie jednosekundowymi urywkami, no i jak wspominałem wcześniej, zabrakło mi w działaniu duetu Extremis i Stark.

Cava: Zakończenie jest koślawe. Ogólnie, część wątku Starka stającego się bardziej Starkiem niż Iron Manem jest poprowadzona po łebkach. Te przedziwne ataki paniki, które przechodzą jak ręką odjął, ta naprędce sklecona broń niczym z podręcznika podwórkowego partyzanta... czy ten człowiek przypadkiem nie stworzył miniaturki reaktora łukowego w cholernej jaskini? (ale miał tam dostęp do wojskowego sprzętu Stark Industries, a nie marketowych przecen - dop. el Browarre) Ale to prawdopodobnie najintelignentniejszy czlowiek na Ziemi. Powinien być w stanie zrobić choćby bombę z kartofla! Podejrzewam, że garaż i pobliskie miasteczko dostarczyłoby większej ilości materiałów oraz opcji. Doszukiwałbym się tu raczej ukazania jak bardzo Tony zaczął polegać na AI, podsuwającej zawsze i wszędzie gotowe rozwiązania. Przestał myśleć, rozleniwił się. To raczej ta zależność od technologii doprowadziła go do stanów lękowych i niemożności przebywania dłuższego czasu poza bezpieczną zbroją. Wracając do zakończenia. Deus Ex Machina w najlepszym wydaniu. "Wyleczyłem Pepper z Extremis. Naprawiłem se pikawę. Postawię chatę gdzie indziej. Jestę Ajron Menę."

el Browarre: No właśnie, Robert Downey Jr (zauważyliście, że "przypakował"?). W trzeciej części do obsady dodano jeszcze większą liczbę bohaterów i chociaż każdy z nich zagrał świetnie, to znów żadnemu nie udało się nawet odrobinę przyćmić głównego bohatera. Fenomenalnie (tutaj pierwszy mega spoiler <Nope! - dop. Cava>) zagrał Ben Kingsley. Kiedy przed seansem zastanawiałem się, jak poradzi sobie w wymagających scenach walki, nie przypuszczałem nawet, że jego rola ograniczy się do grania roli terrorysty... Do grania jej dosłownie, a do tego mocno zwariowanego ćpuna i alkoholika, który w życiu przyjął kilka używek za dużo. Nie kojarzę zbyt wielu ról Kingsleya w których nie grałby pierwszo/drugoplanowanego intryganta, a w komedii nie widziałem go chyba nigdy - tym lepszy był efekt końcowy. Fajnie, że w epoce, w której trailery filmu zdradzają wszystko na długo przed premierą, udało się zrobić widzom taką niespodziankę. Jasne, żałuję, że nie ma scen z prawdziwym, znanym z komiksów Mandarinem, ale... Doceniam pomysł i odwagę. Z bardzo dobrej strony pokazali się też Guy Pearce (Killian) i Don Cheadle (Rhodes / War Machine / Iron Patriot), tradycyjnie już bez fajerwerków, dość poprawnie, zagrała Gwyneth Paltrow. Nie lubię tej aktorki, w dodatku odkąd wyszła z roli nieśmiałej asystentki ekscentrycznego miliardera nie potrafi mnie do siebie przekonać. Swoją drogą, kiedy hasała ostro po wstrzyknięciu Extremis, przez chwilę przypominała mi nieco She - Hulk... Aż zacząłem się obawiać, że twórcy pociągną to skojarzenie. W sumie to dalej się boję. Pepper Potts znacznie bliżej do Jennifer Walters niż Mandarinowi z IM3 do Mandarina z komiksów.

Miało być o tym, jak to inni aktorzy nie skradli Downeyowi filmu i o samym Robercie, a wyszedł spory akapit o całej ekipie. I właśnie w taki sposób powinni grać aktorzy drugoplanowi - nie wychodzą przed szereg, ale jeśli zaczniesz myśleć o filmie, będziesz w stanie mnóstwo o nich i ich rolach powiedzieć. Brawo!

Efekty specjalne są na wysokim poziomie, chociaż rozczarowała mnie końcowa bitwa z udziałem dziesiątek pancerzy. Rozumiem, że nie dało się każdemu z osobna poświęcić sceny, w której dałoby się je zaprezentować, ale odczuwam niedosyt po tym, co zobaczyłem. Cieszyłem się też, że w końcu zobaczę Hulkbustera, tymczasem na ekranie przez sekundę mignęła podtrzymująca strop zbroja zwana Igor. WTF? Same pancerze rozpadające się jak klocki lego też średnio mi się podobały, a mark 42 to najbrzydszy armor w historii tej filmowej serii.

Cava: Bitwa była przesadzona. Po Avengersach nie było opcji zrobić jeszcze większej rozpierduchy, ale nie przeszkodziło twórcom spróbować. Niby jest fajnie, mamy wybuchy, wystrzały, ciągle coś się dzieje, ale... właśnie, to nieszczęsne "ale". Moim nieskromnym zdaniem, dzieje się aż za dużo. Nie sposób ogarnąć co i jak i prawie każda kolejna zbroja zlewa się w jedno. Tymczasem Stark tworzył zbroje wyspecjalizowane, w większości mające spełniać określone zadania. Prócz Igora i może jeszcze XLVII. Reszta pojawiała się i znikała tylko po to, by wywołać chaos na ekranie i ostatecznie zejść widowiskowo.

Agu: Zastanawiałam się jak ostatecznie wyglądają relacje Mandarina i Killiana, ale to co wykombinowali powaliło. Ben Kingsley zagrał to po prostu fenomenalnie!

el Browarre: Ogromnym rozczarowałem jest muzyka, która jak dotąd była przecież jedną z większych zalet serii. Kompletnie zrezygnowano z rockowych kawałków (scena "melanżu", kiedy podlatują wszystkie pancerze aż krzyczy o jakiś kawałek AC/ DC!), zastąpić je miała patetyczna i epicka z założenia muzyka. Z założenia, bo wyszła nudna, wtórna i tak gówniana, że za każdym razem, kiedy przewijał się główny motyw i powtarzające się w nim charakterystyczne dźwięki, miałem ochotę kogoś zastrzelić. Cud, że uchowały się Blue na początku (wyszło zabawnie) i Barry White. Kompletnie nie wykorzystano technologii 3D. Niby była cały czas, oglądało się to fajnie, ale jak już się kręci film w 3D, to niech się kurna coś z tym zrobi. Ujęcie z perspektywy Starka, w czasie gdy na jego twarz leci maska chociażby. Żeby nie było tak gorzko w temacie efektów - fenomenalnie wyglądały chociażby "przeskoki" Starka pomiędzy pancerzami, scena z demolką posiadłości, czy też "samolotowa". Bardzo podobała mi się choreografia walk, tak tych z użyciem pancerza, jak i tych bez - ta druga o dziwo bardziej.

Cava: Właśnie - przeskoki Starka między kolejnymi pancerzami i choreografia ratują ten motyw. Co do technologii czyde. Nie jestem fanem. Irytuje mnie ona okrutnie i traktuje ją jak zwykły wyciskacz dodatkowej kasy za bilet. Jeszcze nie spotkałem ani jednego filmu, który zyskałby na trójwymiarze. Nieważne, czy to Muchy w Kosmosie 3D, Titanic 3D, Resident Evil Afterlife, czy Iron Man 3 właśnie. Nie znoszę trendu wciskania "3D" na końcu każdego tytułu i udawania, że film jest o wiele bardziej zajebisty. Nie jest.

Agu: Przeskoki pomiędzy pancerzami, jak już wspominałam, były dokładnie takie jak sobie wyobrażałam. Jednak jeżeli chodzi o 3D to po prostu nie zostało wykorzystane, a nawet przeszkadzało (nie jestem super fanka, a przy każdym oglądaniu muszę mieć chwilę by przyzwyczaić wzrok do obrazu). Tak jak napisał Cava - 3D było tylko w tytule.
Natomiast z muzyki pamiętam tylko Blue na początku, bo było zabawne, reszta po prostu się rozpłynęła. Bardzo brakowało jakiegoś mocnego kawałka, właśnie w scenie z poniższego obrazka.

el Browarre: Iron Man 3 nie jest pozbawiony wad, a dużą ilością efektów specjalnych, zabawnych dialogów, czy poważniejszych scen nie dało się ich wszystkich przykryć. Na pewno jest dużym zaskoczeniem dla fanów cyklu. Podziwiam twórców za odważne, bezkompromisowe podejście do bohaterów oraz fabuły - chociaż dostałem coś innego, niż oczekiwałem, z efektu końcowego jestem niezwykle zadowolony. Jest to produkcja dorosła, wciągająca, wywołująca emocje. Wiem już, że obejrzę ten film jeszcze wiele razy i z radością witam Shane'a Blacka w gronie twórców kina superbohaterskiego. Mam nadzieję, że jeszcze kilka razy się tego tematu podejmie.

Cava: Sporo narzekania dorzuciłem do tego tekstu, ale (paradoksalnie) mimo tego jestem bardzo zadowolony z IM3. Przedziwne, prawda? Wkurzają mnie poszczególne elementy, fabuła tu i tam się sypie na potęgę, ale mimo to nie mogłem oderwać oczu od ekranu, choć w momencie projekcji miałem już na koncie ciut ponad dobę bez snu. Powieki utrzymałem w górze (choć podczas Avengersów już mi nieco opadały), a film zajmuje bardzo ciepły zakątek mojego serducha fana (niemal) wszystkiego co superbohaterskie.

Agu; Narzekania z mojej strony praktycznie nie ma, bo i nie mam się za bardzo do czego przyczepić. Z seansu wyszłam zadowolona i chętnie obejrzę ten film jeszcze nie raz i nie dwa. W końcu to Robert Downey Jr.!

Oceny:
el Browarre - 7+ / 10
Cava - 7/10
Agu - 10/10

Reakcje:

3 komentarze:

Anna Flasza-Szydlik pisze...

Ale jak to tak, bez AC/DC :/?
Na filmie jeszcze nie byłam, ale się wybieram, bo bardzo tę serię lubię, choć w życiu nie przeczytałam komiksu o IM.

Cava, jeśli chodzi o 3D, święte słowa. Może tylko w Avatarze to miało sens. Tęsknię za filmami w 2D, gdzie nie musiałam się męczyć w dodatkowej parze okularów, a obrazy nie przeskakiwały jak szalone.

el Browarre pisze...

Mnie w ogóle irytuje to przeskakiwanie obrazów, co pół sekundy nowe dynamiczne ujęcie, w efekcie czego gówno się za przeproszeniem widzi. Do Michaela Baya chciałem za to (dobra, nie tylko za to) strzelać przy Transformers, teraz to samo jest w IM3...

Cava pisze...

Z tego, co pisał Grzesiek W., to 3D nabiera sensu w kinach pokroju IMAX. Niestety u nas (a nie w Jukeju, nad czym boleję) to wciąż głównie wyciskanie forsy za kilka sekund typa machającego ręką przed oczami widza.

Prześlij komentarz

Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review