O „Przebudzeniu Mocy” wiedzieliśmy
na długo przed premierą tylko jedną rzecz – J.J. Abrams został
postawiony przed niemożliwym do wykonania zadaniem. Musiał zmierzyć
się z legendą, tworząc film, który zarówno przywróci na
gwiezdnowojenne łono rozgoryczonych prequelami fanów klasycznej
trylogii, jak i sprawi, że franczyzę pokochają młodzi, nowi
widzowie. Reżyserowi na pewno nie grozi już bycie nazywanym Jar Jar
Abramsem, ale nie wszystko wyszło idealnie.
Zazwyczaj pisząc recenzję rozpoczynam
ją od zarysowania fabuły filmu, jednak w przypadku „Przebudzenia
Mocy” muszę z tego zrezygnować – tutaj niemal wszystko co bym
napisał będzie spoilerem, a ja nie chciałbym Wam zepsuć ani
jednej sceny, dlatego tym razem tego nie zrobię – nawet jeśli
chodzi o pierwsze zdanie w napisach otwierających film!

Na pewno pracę aktorom ułatwili scenarzyści. Dialogi są świetnie napisane i w końcu z przyjemnością można słuchać rozmów bohaterów, które nie ograniczają się jedynie do ekspozycji, jak to miało miejsce w prequelach. Film pełen jest też humoru. Chociaż żarty bawią (sądząc po reakcji sali kinowej – nie tylko mnie), mam wrażenie, że należało się nieco powściągnąć i kilka z nich odpuścić. Naprawdę, nie każdą poważniejszą scenę należy od razu rozładowywać zabawną sytuacją. Szczególnie rzucało się to w oczy przy Kylo Renie. Sam Rycerz Ren wypadł świetnie; jako bohater niejednoznaczny i wewnętrznie rozdarty pokazał coś, czego nie umiał zrobić duet Lucas-Christensen w prequelach. Natomiast nie do końca przypadły mi do gustu występy Andy'ego Serkisa oraz Lupity Nyong'o. Moim zdaniem nie potrafili nadać granym bohaterom odpowiedniej głębi, nie broni ich też niewielka ilość czasu jaką spędzili na ekranie. Nie mogę jednak pominąć najlepszego występu w całym filmie: R2-D2 jest jedną z moich ukochanych postaci w popkulturze, ale muszę przyznać, że BB-8 naprawdę nie brakuje do niego wiele! Nigdy nie lubiłem Ewoków (o różnych koszmarkach z prequeli nie wspominam), nawet będąc dzieckiem. W teorii miały być słodkie i sprzedać masę zabawek, w praktyce były irytujące i wyrywały mnie z przedstawionego świata. BB-8 to zupełnie inna kategoria. Jest słodki i uroczy niczym mały kotek, fantastycznie zaprojektowany, dobrze wykorzystany za każdym razem, gdy się pojawia, a przy tym urzeka zarówno dzieci, jak i dorosłych. Twórcom filmu należą się ogromne brawa za taką kreację astromecha!

Muszę przyznać, że po pierwszym
seansie byłem rozczarowany muzyką. Za drugim podejściem zwróciłem
na nią większą uwagę, ale tak naprawdę dopiero w domu, słuchając
OST mogłem ją w pełni docenić. John Williams skomponował kilka
pięknych utworów („Rey's Theme”, „Jedi Steps”), które
jednak nie mają okazji w pełni zabłysnąć w filmie. Brakuje tu
czegoś równie wyraźnego i doniosłego jak np. „Duel of the
Fates”. Podobnie jak w każdej innej warstwie, mamy tutaj do
czynienia z hołdem składanym klasycznej trylogii.
I tutaj dochodzimy do największego
problemu „Przebudzenia Mocy”. Ten film jest jednym wielkim
hołdem, złożonym klasycznej trylogii, ze szczególnym
uwzględnieniem „Nowej Nadziei”. Mam wrażenie, że J.J. Abrams
zapędził się nieco za daleko. Doszło do tego, że pewne sceny nie
wywoływały we mnie emocji (a powinny!), ponieważ... już to
wszystko widziałem w filmie z 1977 roku. Do pewnego momentu bardzo
podobały mi się odniesienia do epizodów IV-VI, ale ewidentnie nie
zachowano w tym umiaru. Mam wrażenie, że reżyser dokonał raczej
recyclingu „Nowej Nadziei”!
J.J. Abrams nakręcił film, który
zachwyci fanów klasycznej trylogii oraz tych, którzy dopiero
zaczynają swoją przygodę z uniwersum Gwiezdnych Wojen. To
fantastycznie zrealizowane kino przygodowe, w którym niestety
zabrakło nowych pomysłów. Na to jednak przyjdzie pora w epizodach
VIII oraz IX. Powierzone mu zadanie Abrams wykonał najlepiej, jak
tylko się dało. Uratował dla nas to, co zniszczyły prequele,
dzięki czemu po raz pierwszy od 1999 roku możemy mieć Nową
Nadzieję.pr
Komentarze
Prześlij komentarz
Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)