.

.

18 lutego 2013

"Idźcie zmyć z siebie krew, zrobię herbaty - powiedział Lucyfer"

Zachęcony pozytywnymi opiniami w sieci, a także całkiem udaną akcją promocyjną - nowa okładka mi się spodobała, znajomi chwalili, FS stawiała drinki i foliowała plakaty, coby w śnieżycy nie zamokły - postanowiłem sięgnąć po "Bogowie muszą być szaleni" autorstwa Anety Jadowskiej. Akurat miałem ochotę na coś lekkiego, więc okazja nadarzyła się idealna. Pamiętam, że po "Złodzieja Dusz" nie sięgnąłem ze względu na... okładkę właśnie. Jakoś mi tak zajeżdżała paranormalem, a na te uczulony jestem okrutnie. Upewniwszy się, że rzeczony tytuł nie narazi mnie na anielsko-diabelską powtórkę ze Zmierzchu i że mogę śmiało brać się za czytanie bez znajomości tomu pierwszego, pełen entuzjazmu wziąłem się za lekturę i... Na dzień dobry dostałem w zęby. Ilość zdrobnień jaka pojawia się w dwóch pierwszych rozdziałach sprawiła, że gdyby nie to entuzjastyczne nastawienie do Bogów, książce grzecznie, aczkolwiek stanowczo, nakazałbym wrócić na półkę. Te wszystkie ptaszyny, diabełki, aniołki, kochania, cudaczki i słodziaczki prześladowały mnie do końca lektury, na szczęście już nie w takim natężeniu.

Przebiwszy się przez początek wiedziałem już mniej więcej z czym to się je. Bohaterką powieści jest Dora Wilk, dawniej policjantka, aktualnie wiedźma zamieszkująca Thorn (magiczny odpowiednik Torunia) wraz ze swoimi dwoma współlokatorami - zakochanym w niej pięknym aniołem stróżem Joshuą i seksownym diabłem Mironem, oczywiście także w Dorze zakochanym. Okej, pamiętajmy, pozytywne nastawienie, nie można oceniać książki po okładce (co i tak zrobiłem wcześniej), nie można też skreślać historii po pierwszych rozdziałach, szczególnie, jeśli zaczyna się od tomu numer dwa.

Dość szybko na szczęście okazało się, że im dalej w las, tym lepiej. Wydarzenia zapoczątkowane w Złodzieju Dusz sprawiły, że Dora musi ponieść konsekwencje swoich czynów, dzięki czemu fabuła szybko rusza do przodu, a my mamy okazję zapoznać się z wampirzą intrygą, spiskiem bogów oraz pewną, dość wiekową historią splatającą w sobie losy dwóch potężnych rodzin...

Muszę przyznać, że bardzo podobał mi się sposób prowadzenia fabuły - zamiast jednej prostej historii, mamy tutaj aż trzy, w dodatku żadna z nich nie jest potraktowana po macoszemu. Kiedy tylko lekko zaczyna siadać tempo którejś z nich, autorka umiejętnie przeskakuje do drugiej lub trzeciej, wszystko to oczywiście wypełniając mniej lub bardziej interesującymi szczegółami z życia głównej bohaterki. Takie rozłożenie akcentów sprawia, że nie sposób jest się w trakcie lektury nudzić, nie jesteśmy skazani na dłużyzny, a całość wciąga i czyta się niezwykle szybko, co w przypadku lekkiej powieści przygodowej jest dużą zaletą. Urzekł mnie także styl autorki (kiedy już udało mi się zignorować ciągłe zdrobnienia) - lekki, pełen naturalnego humoru, a jednak w miejscach, które tego wymagają odpowiednio mocniejszy i bardziej sugestywny. Język i humor to zdecydowanie największe atuty Bogów.

Rozczarowałem się mocno sceneriami w jakich rozgrywa się akcja powieści. Autorka wielokrotnie w wywiadach podkreśla swoje przywiązanie do Torunia, w książce natomiast nie zobaczyliśmy nic, co mogłoby nam pozwolić to poczuć. Tak Thorn i Toruń, jak i Trójmiasto i Trójprzymierze nie doczekały się żadnego opisu, akcja równie dobrze mogłaby się rozgrywać w Opolu, Ustce czy Krakowie, nawet byśmy tego nie zauważyli. O Trójprzymierzu dowiadujemy się tyle, że jest tam morze, wampiry siedzą w Gdańsku, wilkołaki w Gdyni, a magiczni w Sopocie. A w Toruniu jest klub nocny. I tyle. Daleko w tym względzie Bogom do bogatych opisów Nightside, czy też tych znanych z Opowieści Praskich, gdzie miasto jest pełnoprawnym bohaterem powieści. Spodziewałem się zdecydowanie więcej...


Przedstawiona nam gama istot ponadnturalnych - aniołów, diabłów, wampirów, wilkołaków, elfów, druidów, itd. - nie wybiega poza znane i lubiane klisze. Jeśli oglądało się True Blood, kojarzy Maskaradę i czytało kilka rodzimych pozycji (np. Kłamca Ćwieka i Siewca Wiatru Kossakowskiej), to wie się właściwie już wszystko. Oryginalności dodają tutaj ciekawe pomysły autorki, chociażby "systemy" w jakich te mityczne istoty żyją. Magia znana z chrześcijańskiego systemu niekoniecznie współgra z tą należną bogom słowiańskim, itd.

Niestety książka nie jest też pozbawiona większych wad, o których zaraz napiszę, wcześniej tylko dopiszę takie malutkie...

SPOILERY

No i ok, żeby potem nikt nie miał pretensji, że nie ostrzegałem.

Największą wadą książki, jest niestety główna bohaterka. W zapowiedziach czytałem, o twardej babce, świadomej swoich zalet i dobrze radzącej sobie w świecie, dlatego spodziewałem się kogoś na kształt detektyw Beckett z oglądanego przeze mnie ostatnio Castle'a, a dostałem... modelowy przykład Mary Sue, taki który można by położyć w Sevres jako wzór. Żeby upewnić się, że to nie żadne moje podświadome szowinistyczne uprzedzenia, zerknąłem sobie do etymologii tego terminu, za ciocią Wiki:

"Nazwa wywodzi się od imienia bohaterki wydanego w 1972 roku opowiadania Pauli Smith „A Trekkie's Tale", które to opowiadanie z założenia miało być parodią popularnego serialu „Star Trek”. Mary Sue została tam opisana jako piętnastoletnia oficer floty kosmicznej, której uroda była tak zniewalająca, że sam kapitan zaproponował jej pójście do łóżka. Dalsze losy Mary Sue opowiadają o uwięzieniu na obcej planecie i uratowaniu wszystkich przez samą Mary, która następnie pilotowała samodzielnie statek Enterprise, za co otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla, Wulkański Order Odwagi i Trafmandoriańską Nagrodę Mężczyzny Roku. O ile nazwę Mary Sue stosuje się przede wszystkim do nieświadomie wyidealizowanych postaci, o tyle oryginalna Mary Sue jest taką postacią z głównego zamierzenia i miała stanowić satyrę na wszystkie kobiece postaci, które są nazbyt odrealnione." 

A następnie rozpisałem jak to wygląda u Dory:

Dora to twarda babka - potrafi się bić, w końcu to policjantka, a przy tym jest diablo śliczna i seksowna, ba nawet jej ciuchy z okresu kiedy miała lat naście są aktualnie na nią większe (poza biustem) niż mniejsze. Oczywiście nigdy się nie zestarzeje i nie umrze z powodów naturalnych.

Ma własnego anioła stróża, zakochanego w niej gościa przypominającego Skarsgarda z True Blood i również w niej zakochanego diabła, seksownego jak samo piekło. Obaj oczywiście są nie byle kim- jeden to wnuk Gabriela, drugi Lucyfera (który jest uroczym panem w średnim wieku, pełnym miłości dziadkiem) no i są wielkimi przyjaciółmi, właściwie braćmi.
Joshua, wedle słów samej Dory, wygląda podobnie do tego pana
Mieszkają pod jednym dachem i pomimo nieustannego, niemal niemożliwego do wytrzymania napięcia seksualnego, śpią razem i ciągle się przytulają, bo przytulanie jest dla nich bardzo ważne. Dla diabła też. Oczywiście obaj świetnie gotują, jeden jest trochę "kurą domową", drugi bardziej szalony, idealnie się więc uzupełniają, no i - jakżeby inaczej - słuchają razem tej samej (świetnej zresztą) muzyki.

Obydwu w sumie odpowiada friend zone, nawet jeśli próbują ten stan rzeczy zmienić, to dość łagodnie. A jak już zmienić się nie da i Dora wiąże się z Mironem, to Joshua uznaje, że jest super, dalej ich kocha i niech spędzą we trójkę święta na jakimś odludziu.

Dora co prawda zginęła w Złodzieju Dusz, ale dzięki swojej magii żyje dalej, znacznie zresztą potężniejsza niż wcześniej, bo wchłonęła siłę kilkunastu ofiar swojego przeciwnika.

A tak w ogóle to jest pierwszym w historii przypadkiem wiedźmy, która łączy w sobie sprzeczne linie genetyczne, dzięki czemu jest Wojowniczką władającą magią Bogini Północy, ma pod sobą magię miłości, a przy okazji jeszcze moc przepotężnej Bogini Wilków. Wskrzesza (!?) wampiry, więc staje się też po części wampirem, w zamian za to dostaje pod swoją pieczę dwóch ubóstwiających ją wampirów, własny teren jako głowa klanu i tym podobne granty. A że jest przy tym też Wilczycą, praktycznie ma we władaniu stado wilkołaków. Tak, Dora facetów łapie już nie na sztuki, tylko na stada.

Zyskuje też wraz ze swoimi narzeczonymi (bo oświadczyła się obydwu) magiczną moc triumwiratu, dzięki której ratuje od śmierci Mirona, a przy okazji dodaje mu skrzydła (jako demon nie mógł ich mieć, nie był nigdy aniołem), a sobie wielki tatuaż ze skrzydłami na plecach - pewnie, że jej się tatuaż podoba, w dodatku uniknęła wielu miesięcy bólu przy robieniu i gojeniu takiego cudeńka. 

Nawet, jeśli przytrafi jej się coś, co można by uznać za pecha, ten okazuje się szczęściem. Runa prawdomówności sprawia, że w delikatnych negocjacjach w to co mówi wierzą wszyscy, a w dodatku sama runa zwiększa jej umiejętności dyplomatyczne. Dzięki temu poza posiadaną wcześniej pozycją namiestniczki Thornu, staje się też między systemową mediatorką dla Thornu i Trójprzymierza.

Ma też znajomego krawca, szyjącego fantastyczne ciuchy - modne, niezniszczalne i niebrudzące. Posiada także magicznego, miniaturowego, męskiego wróża ze skrzydełkami, który wszystkim jej zawistnym koleżankom z czasów liceum sika do kosmetyków. Dobra, to z wróżem akurat zmyśliłem, ale z krawcem - true story.

Ach, ma jednak jedną wadę! Będąc nastolatką i posiadając wiedźmie moce, nie wiedziała co się z nią dzieje, nikt jej tego nie wytłumaczył, więc zagubiona popełniła i przeżyła udaną próbę samobójczą. Tak jest, ktoś ją wyciągnął z piekła i wrócił do świata żywych. Zabiła się, ale ją uciekli.
Czy tylko mi się wydaje, czy oryginalna Mary Sue to przy Dorze nieudacznica której nikt by nie zaprosił na bal? A po Achai myślałem, że już bardziej przedobrzyć się nie da...

KONIEC SPOILERÓW

Pewnie znalazłbym jeszcze kilka takich kwiatków, ale podane wyżej wystarczą. Dora to projekcja wszystkich marzeń pełnych kompleksów nastolatek, podręcznikowa Mary Sue. Fakt ten niestety kompletnie w moich oczach rujnuje powieść i nie ukrywam, że jest mi z tego powodu przykro, bo sama historia i język jakim jest napisana nie zasługują na złą ocenę. Zamiast ciekawego urban fantasy z mocną bohaterką, dostajemy paranormal romance z ciekawszą niż to zwykle w tym gatunku historią, fajnie napisany, pełen humoru, ale też z absurdalną protagonistką. Szkoda.

Ocena: 4/10

PS Podobno Dora część z mocy straci w kolejnych tomach, ale nie jest to już w moich oczach postać do uratowania... W przeciwieństwie do trójkąta Dora-Miron-Joshua, tutaj wciąż może być ciekawie, jeśli skończy się w końcu miesiąc miodowy. Joshua jako renegat?

Pozostałe recenzje cyklu:


 Aneta Jadowska - Złodziej dusz. Dora Wilk #1 by Agu











 Aneta Jadowska - Zwycięzca bierze wszystko. Dora Wilk #3 by Cava











Reakcje:

12 komentarze:

Zerr pisze...

Gad demyt...
Brak słów.

Teraz już wiem, że na pewno po to nie sięgnę.
Dzięki za uratowanie mojego portfela i oszczędzenie mi kilku godzin czytania w męczarniach :)

Lubię słodycze, ale bez przesadyzmów...

el Browarre pisze...

Bez przesady z tymi męczarniami, całość czyta się przyjemnie, tylko... Można się wkurzyć co kilkanaście stron. Ja już tylko dodawałem w myślach kolejne złośliwe komentarze (większości nie ma w tej recenzji ;P) i wywracałem oczami, ale na pewno się nie męczyłem (poza rozdziałami 1 i 2)

Zerr pisze...

No dobra... Ale i tak nie sięgnę :)
Przesłodzona książka i przepakowana główna bohaterka...
Blah!

Dodałem was do łobserwowanych ;)
Zapraszam też do siebie :P

Pozdrawiam!

Sihhinne pisze...

I dlatego właśnie nie wierzę tekstom w stylu: polska Briggs. Chyba ten, kto to napisał, książek Briggs na oczy nie widział, bo tam chociaż absurd absurdu jadącego na absurdzie nie goni absurdem.
A najlepsze jest jednak to, że toto się ultraszybko czyta O__O I się dobrze czyta, jeśli mózg zostanie uśpiony i będzie unikał wszelkich wpadek logicznych.
Borze liściasty, co się z tym polskim urban fantasy dzieje ;____;

Death pisze...

Człowieku, jesteś moim idolem. Świetna, rzetelna recenzja, a nie jakieś tam zachwyty nad każdym słowem pani Jadowskiej, słabym warsztatem i obmierzłym Mary Suizmem. Tak trzymaj, będę śledzić Twoje recenzje.

el Browarre pisze...

O warsztacie pisałem zdecydowanie pozytywnie, jest na dobrym poziomie.
Natomiast ten zalew hurraoptymistycznych recenzji jest... dziwny. Naprawdę jeszcze nigdzie nie spotkałem się z jakąś negatywną opinią czy oceną niższą niż 8/10- gdyby nie to, pewnie nawet bym tej recenzji nie pisał.. ;)

Anna Flasza-Szydlik pisze...

Nawet Anita Blake facetów na stada łapała dopiero koło ósmego tomu, a Dora już w drugim. Chciałam kupić Mężowi, ale chyba jednak nie, ta ilość zdrobnień może go dobić.

Anna Flasza-Szydlik pisze...

Pozwoliłam sobie zalinkować tę recenzję na moim blogu, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.

el Browarre pisze...

Pewnie, że nie mam :) Podoba mi się zresztą tekst który napisałaś na temat obu tomów.

Immora pisze...

Ej naprawdę do tej pory myślałam, że to jednak dobra książka i miałam ją w mniej lub bardziej odległych planach... Ale z tego co piszesz (spoilerów na wszelki wypadek nie czytałam) to jednak trochę taki odgrzewany kotlet i do tego mało jadalny. A szkoda...

el Browarre pisze...

Też tak myślałem ;) Jeśli 100 tys znajomych mi coś poleca, to zwykle ulegam ich sugestiom i coś co normalnie mniej by mi się spodobało - nobilituję. Tutaj 100tys polecanek starczyło na 30 stron...

Lara Notsil pisze...

O, Teodoro iskro bogów,
kwiecie elizejskich cór,
święta, na twym świętym progu
staje nasz natchniony chór.

Jasność twoja wszystko zaćmi,
złączy, co rozdzielił los.
Wszyscy ludzie będą braćmi
tam, gdzie twój przemówi głos

Patrz, patrz, wielkie słońce światem
biegnie, sypiąc złote skry,
jak zwycięzca i bohater
biegnij, bracie, tak i ty.
Teodora tryska z piersi ziemi,
Teodorę pije cały świat.
Dziś wchodzimy, wstępujemy
na Teodory złoty ślad.

Ona w sercu, w zbożu, w śpiewie,
ona w splocie ludzkich rąk,
z niej najlichszy robak czerpie,
w niej - największy nieba krąg.
Wstańcie, ludzie wstańcie wszędzie,
ja nowinę niosę wam:
na gwieździstym firmamencie
bliska Teodora błyszczy nam.

Prześlij komentarz

Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review