.

.

22 września 2015

Antipolis, czyli maraton przez Zenit [recenzja]


Antipolis” jest książką dziwną. Zachwyca światem przedstawionym, ale i wprawia czytelnika w zakłopotanie chaotyczną fabułą oraz skakaniem między postaciami. Autor zostawia kilka wątków nierozwiązanych, a finał większości wydarzeń wywołuje u czytelnika mocny niedosyt. Właśnie tak zacząłbym bardzo negatywną recenzję, ale Tomasz Fijałkowski zrobił coś, co postanowiłem docenić. Sprawił, że chciałem przeczytać więcej o rzeczywistości „Antipolis” i zmusił moją skromną osobę do zastanowienia się nad tym, o czym właśnie przeczytałem.

Pierwsze sto stron stanowiło wyzwanie. Sprawiło, że musiałem się pilnować, by nie uciąć drzemki w trakcie lektury, ale nie dawałem za wygraną. Powieść rozkręca się bardzo powoli, zanurzając czytelnika w wykreowanym świecie, w którym Rzeczpospolita (zwana tu Koroną) jest mocarstwem ze stolicą w tytułowym Antipolis. Muszę przyznać, że jedną z dwóch najmocniejszych stron książki jest właśnie ów świat. W trakcie lektury cały czas chciałem dowiedzieć się o nim więcej. Jak układają się stosunki dyplomatyczne między Koroną a sąsiadami? Jak wygląda społeczeństwo odbudowujące się po tragedii I Wojny Światowej? Podczas lektury wyłapywałem wątki związane choćby pośrednio ze światem, traktując bohaterów jako tło, a powinno być chyba odwrotnie.

Postaci jest tu wiele, a fragmenty ich dotyczące przeplatają się ze sobą do tego stopnia, że gdzieś umknęło mi kilka tak mało istotnych szczegółów, jak motywacja albo przeszłość danej osoby. Z tych bardziej się wyróżniających lub interesujących (jedno nie oznacza drugiego) mógłbym wskazać trójkę: Tomasza, inspektora Śniega i Nadję. Sceny z udziałem Śniega oraz Nadii dawały najwięcej przyjemności podczas lektury. Wciągały i żałowałem, gdy akcja przeskakiwała na kogoś innego. Śnieg pracuje w policji, dzięki czemu mamy wgląd w metody śledcze organów ścigania oraz w to, czym tak naprawdę jest nadciągający nad Antipolis Zenit. Nadja, jedna z dwóch kobiet wśród bohaterów, jest bezczelna, pewna siebie i utalentowana. To jej oczami obserwujemy najlepszych moment książki, który choć kulminację ma za zamkniętymi drzwiami, ukazuje potencjał warsztatu autora.

Tomasz natomiast wyróżnia się tym, że jego wątek jako jedyny jest prowadzony przez narratora pierwszoosobowego, służy on głównie do wprowadzenia w realia „Antipolis”. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego autor poświęcił czas na budowanie wrażenia, że ta konkretna postać będzie głównym bohaterem, a następnie porzucił ją akurat w momencie, w którym akcja nabiera tempa. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Fijałkowski traktuje postaci oraz wydarzenia jak zabawki. Wprowadza je do tekstu, pomacha czytelnikowi przed oczami, a następnie rzuca w kąt, by już o nich nie wspominać. Jest to o tyle irytujące, że jestem czytelnikiem-pedantem i stoję na stanowisku, że każdy element opowieści powinien być uzasadniony. Stara, dobra, ale wciąż sprawna strzelba Czechowa.

Ale co tak właściwie zagraża stolicy Korony? Naukowcy skupieni w Strukturze, tajnej organizacji mającej za zadanie ochronę obywateli przed zdarzeniami z pogranicza magii i zabobonu, wyliczyli, że ku Ziemi zbliża się Zenit. Zdarzenie, które w historii wystąpiło tylko raz i zaowocowało śmiercią i zniszczeniem. Wtedy miało ono miejsce na słabo zaludnionych terenach. Obecnie ma uderzyć w samo serce Korony – Antipolis. Czym jest ów Zenit? Miejscem przenikania się dwóch światów. Ludzkiego, zwanego Niższym i Wyższego, należącego do tajemniczych istot, o których wiadomo tylko tyle, że dysponują mocą przekraczającą ludzkie pojmowanie. Na barkach Struktury spoczęło zadanie przeciwdziałania Zenitowi.

Tymczasem w „Antipolis” dzieją się rzeczy, które przychodzą i odchodzą w przypadkowych okolicznościach. Objawienie się bogini, co prowadzi do masakry o której mało kto mówi. Ewakuacja milionów w przeciągu kilku dni, która zdaje się przebiegać bez problemu. Podróż w czasie i przestrzeni? Szkoda czasu na wyjaśnienia! Nawet ośrodkowi skupiającemu ludzi, którzy w związku z nadciągającym kataklizmem otrzymali niezwykłe moce zostaje poświęcona minimalna ilość uwagi. O wiele mniejsza, niż narzekaniu Tomasza albo jego porannej kawie. Nie raz zdarzyło się, że z niedowierzaniem czytałem jak kolejny, interesujący pomysł jest spychany na margines, by ustąpić miejsca nieco mniej ciekawemu.

Jest to tym gorsze, że autor stworzył interesujący świat. Miejsce, gdzie Chrześcijaństwo dopiero stara się zapuścić korzenie w politeistycznej Europie. Wypuszczeni z krainy śmierci zmarli przywiązują się do osób będących za życia dla nich ważnymi. Ludzie dotknięci przez Wyższy Świat odkrywają w sobie moce o różnym poziomie zagrożenia dla życia innych. Zamknięta w sobie dziewczynka jest w stanie zabronić otaczającym ją ludziom żyć, a religijny mnich może znajdować się w dwóch miejscach na raz. To wszystko aż się prosi o poświęcenie uwagi, rozwinięcie. Spokojne budowanie fabuły i wykorzystywanie dobrodziejstwa inwentarza w pełni. Zamiast tego, czytelnik otrzymuje dziki wyścig przez ponad trzysta pięćdziesiąt stron, gdzie wyjątkowość pomysłów autora ginie w miotaniu się między wątkami.

Antipolis” sprawia wrażenie, jakby powstało w skutek ściśnięcia pomysłów na co najmniej trylogię w ramy jednej, dość krótkiej książki. Nie jestem pewien dlaczego tak się stało, ale mam nadzieję, że autor jeszcze wróci do wykreowanego świata i tym razem zaprosi czytelników na nieco spokojniejszą wycieczkę. Taką, która przypomina wakacje all-inclusive zamiast kilkugodzinnego maratonu z aparatem w ręce.

Pomimo narzekań jestem w stanie polecić „Antipolis” osobom, które chcą poznać nowy, ciekawy świat i będą w stanie przejść do porządku dziennego nad żonglerką wątkami. To nasycony pomysłami kawałek literatury fantasy i zamierzam śledzić dalsze losy Tomasza Fijałkowskiego z nadzieją, że następne książki pozwolą autorowi na rozwinięcie skrzydeł. Dysponuje on świetnym warsztatem i żałuję, że nie byłem w stanie docenić tego w pełni ze względu na sprinterskie tempo fabuły.

Reakcje:

4 komentarze:

Tomek pisze...

Dziękuję. Przyjąłem do wiadomości. Pozdrawiam. Część druga będzie bardziej "po Bożemu."

Autor.

Cava pisze...

Nie mam prawa (ani chęci), by ingerować w pomysł autora. Widać, że jakiś jest i miałeś określony cel w tworzeniu opowieści w taki a nie inny sposób. Jedynym, co mogę zrobić za pośrednictwem tej (nazwijmy to) recenzji, jest wskazanie ewentualnych mankamentów, które przeszkadzają w czerpaniu pełnej satysfakcji z lektury. Nie było moim celem sugerowanie, byś zmienił założenia i zaczął pisać jak inni ("po bożemu"). Gdybyś spojrzał na styl w którym pisałeś "Antipolis" przez pryzmat uwag zawartych powyżej i nieco go zmodyfikował (zamiast rezygnować), to z radością odtrąbiłbym sukces przy recenzji drugiej książki.

Bosy Antek pisze...

Dzięki za szybką odpowiedź. (To ja, Autor).

"Po bożemu"=tak, by podomykać wątki, które rozrzucę na przestrzeni książki. Nie, naśladować nie mam zamiaru, ale napisać tak, by chęć przeprowadzenia pewnego eksperymentu formalnego nie przesłoniła tego, żeby książka była komunikatywna w warstwie fabularnej.

Przychylam się do większości z uwag. Jasne, zbyt wiele kwestii potraktowałem pobieżnie, nonszalancko. I to właśnie nadrabiam w drugiej części.

Cava pisze...

Cieszę się i z tym większą ciekawością czekam na ciąg dalszy tego eksperymentu. I dzięki za wyjaśnienie co rozumiesz pod pojęciem "po bożemu". Wypatruję zatem informacji o kontynuacji.

Prześlij komentarz

Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review