.

.

20 września 2015

Dżungla [recenzja]

Zazwyczaj do powieści rodzimych debiutantów podchodzę niezwykle ostrożnie. Z jednej strony liczę na to, że właśnie trafiła mi w ręce nieodkryta jeszcze przez czytelników perełka, dzięki której za kilka lat będę mógł hipstersko opowiadać, jak to „czytałem X zanim jeszcze był sławny”. Z drugiej oczywiście czai się ryzyko, że zmarnuję cenny czas na grafomańskie wypociny. Jeśli w notatce na temat autora piszącego fantastykę pojawia się adnotacja, że nie posiada psa ani kota, alarm w mojej głowie wyje na całego!

Debiutancka powieść Dariusza Sypenia przenosi nas w XXIII wiek, prosto na skolonizowanego przez ludzkość Marsa. Stopniowo jesteśmy zaznajamiani z regułami, jakimi rządzi się ludzka społeczność na Czerwonej Planecie. Terraformacja nie jest już największym problemem, z jakim mierzą się jego mieszkańcy. Zagrożeniem dla egzystencji zdaje się być nienaturalna dżungla, która zajmuje kolejne hektary ziemi. Już na jej obrzeżach awarii ulega wszelka elektronika, dlatego kolejne próby zbadania nienaturalnego tworu spełzają na niczym. Spośród wysłanych ekspedycji nie wrócił nikt, tymczasem rośliny wdzierają się na kolejne terytoria. Mieszkańcy szukają schronienia w coraz bardziej przeludnionych miastach, mających zapewnić osłonę. Jednak czy to właśnie dżungli powinni obawiać się najbardziej?

Dariusz Sypeń podchodzi do zdobywania Marsa od innej, ciekawszej niż się początkowo spodziewałem, strony. Czerwona Planeta nie jest tu jedynie ziemską kolonią, na której wszystko będzie wyglądać w ten sam sposób. Nowy świat to dla wielu jego mieszkańców także możliwość zapoczątkowania czegoś unikalnego. Nieobarczeni latami błędów popełnionych na Ziemi, Marsjanie mogą zdefiniować ludzkość na nowo. Ekonomia, administracja, kultura, nawet sama istota tego, czym jesteśmy, wraz z zasiedleniem innej planety zasługuje na nowy początek.

Bo to, że Marsjanie potrzebują zmian jest pewne. Społeczeństwo planety wyniszczane jest przez kolejne choroby psychiczne. Apatia, słabnące więzi społeczne, narkomania, lęki i fobie, wszystko to przybiera na Czerwonej Planecie rozmiary epidemii. Trafnie zjawiska te diagnozuje jeden z dwójki bohaterów, Daniel:

Jakże to wymowne, myśli – nasz lęk przed nią, niemożność zgłębienia jej tajemnicy, ucieczka do miast pod hermami. Jeszcze wiek temu to byłoby nie do wyobrażenia, znaleziono by sposób na dżunglę. (…) A teraz... Ciągle uciekamy, wycofujemy się, niczego nie jesteśmy w stanie zrozumieć (…). I w gruncie rzeczy nie chodzi tu tylko o dżunglę. Coś się z nami stało, z wszystkimi ludźmi, coś się chyba przestawiło w ewolucyjnym albo kulturowym mechanizmie. Z ciekawej wszystkiego cywilizacji chcącej sięgnąć gwiazd zamieniliśmy się w plemię zmęczonych, zalęknionych jednostek, niezdolne do podejmowania większych wyzwań. Chowamy się przed światem jak szczury. Skupiamy się na trosce o dzień dzisiejszy, o zapewnienie sobie podstawowych warunków życia, zapominając o przyszłości, o nierozwikłanych tajemnicach wszechświata. Zapominając o innych ludziach, o wspólnocie, o łączącym nas zobowiązaniu wobec przyszłych pokoleń, o tym, czym powinna być demokracja.

Dwójka protagonistów nie jest zresztą wyjątkiem od tego obrazu. Daniel borykając się z traumatycznym wydarzeniem z przeszłości wycofał się na ubocze cywilizacji. Jego życie toczy się utartym rytmem, pozbawione jest celu i sensu. On jednak zdaje sobie z tego sprawę, myśląc, że nie zasługuje na nic więcej. Druga bohaterka, Francesca, także mierzy się ze swoimi demonami. Utraciła możliwość pracy naukowej, która byłajej wielką pasją, jej życie prywatne to pasmo porażek, a potrzebę bliskości próbuje oszukać narkotykami. Podoba mi się sposób, w jaki autor stworzył dwójkę protagonistów. Dzięki problemom, z którymi się borykają nie tylko w bardzo dobry sposób pokazują otaczającą ich rzeczywistość, ale także są przez to dla czytelnika ciekawsi. Wydaje mi się jednak, że nieco ciekawiej można było poprowadzić wątek Daniela, ponieważ ten w gruncie rzeczy ogranicza się do... Nie robienia niczego, nie podejmowania żadnej decyzji. Być może był to celowy zabieg, ja jednak liczyłem na coś więcej.

W trakcie lektury zaskoczyło mnie to, że choć opis z okładki sugeruje klasyczną powieść SF, to „Dżungli” gatunkowo najbliżej jest do cyberpunku. Chipy wszczepione wszystkim Marsjanom, hakowanie umysłów oraz wspomnień, rozwój sztucznych inteligencji – unoszący się nad tą książka duch Williama Gibsona jest wyraźny, i muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało.

Od strony językowej mamy tutaj do czynienia ze sprawnie napisaną powieścią. Nie ma co liczyć na literackie perełki i opisy, które będziemy wspominać jeszcze przez długi czas po lekturze, ale też i nie jest to rodzaj książki, od której bym tego oczekiwał. Zawartość science występuje tutaj w stopniu nadzwyczaj strawnym nawet dla osób, które zwykle tego elementu nie tolerują. Na szczęście nie odbyło się to kosztem przyjemności płynącej z lektury także dla fanów gatunku. Czasami w oczy rzuca się jedynie nagminnie używane „iżby”, które pasuje do języka powieści, jak ktoś uczciwy do Sejmu. W książce znalazłem też jeden fragment, który nie powinien się uchować przed redaktorskimi nożyczkami. Kojarzycie sceny, w których główny zły zdradza protagoniście swoje plany w najdrobniejszych szczegółach, tylko dlatego, że ten zaraz zginie? Cóż, w „Dżungli” znajdziemy znacznie bardziej absurdalną scenę, pozbawioną wszelkich podstaw, poza jedną – autor chciał wyjaśnić czytelnikowi pewne zdarzenia i nie znalazł na to innego sposobu. Pewnie, można wstawiać do tekstu nawet rozmowy dwójki naukowców, którzy tłumaczą sobie, co to liczby pierwsze, ale sensu to przecież nie ma.

Planuję postawić „Dżunglę” na półce, żeby za kilka lat mówić znajomym, jak to czytałem powieść Dariusza Sypenia zanim jeszcze było to modne. Już w debiucie widać, że autor ma coś ciekawego do powiedzenia, w dodatkupotrafi przemyślenia te przedstawić w ciekawy sposób. Interesująca para głównych bohaterów, dopracowana sceneria, intrygujący pomysł, sprawne pióro – jeśli tylko Dariusz Sypeń nie spocznie na laurach, chętnie przeczytam jego kolejne powieści. „Dżungla” na szczęście nie zostawia nas z otwartym zakończeniem (co mnie cieszy!), które zwiastuje nadciągające siedemnaście tomów, wraz z kilkoma prequelami, sidequlelami, itd., ale skłamałbym, gdybym powiedział, że nie ciekawi mnie co stało się na Marsie po tym, jak już przerzuciłem ostatnią stronę. Polecam!

PS Autor fantastyki bez kota czy nawet psa? Kto to widział?! Proszę, drogi autorze, nadrobić. Albo się nie chwalić.




Jesteś numerem 4! Został jeszcze jeden. Może bez podpowiedzi? 
Już widzę jak ronisz czarne łzy...






Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review