Peter
V. Brett rozpoczyna czwarty tom cyklu, dokładnie w momencie zakończenia „Wojny
w blasku dnia”. Jakby czytelnicy nie musieli tyle czekać na kolejną powieść, jakby
tylko na chwilę odszedł od monitora, aby zaparzyć kawę. Nadal trwamy w szoku po
ostatnich wydarzeniach, zupełnie jak bohaterowie, którzy byli świadkami
pojedynku pomiędzy Ahmannem oraz Arlenem.
Zakątek
Drwali oraz Lenno Evrama zostały pozbawione swoich Wybawicieli. Inevera,
pierwsza żona Shar’Dama Ka, musi poradzić sobie z wewnętrznymi napięciami
pomiędzy plemionami i za wszelką cenę utrzymać władzę, dopóki Ahmann nie wróci.
Bo przecież wróci, prawda? Leesha, oprócz zajmowania się szkoleniem nowych
Zielarek, musi w końcu zdecydować kiedy wyjawić swój wielki sekret. Rojer natomiast
zacznie lepiej rozumieć, co znaczy mieć za żonę, nie jedną, ale dwie Krasjanki.
Natomiast Renna wyrusza na poszukiwanie Arlena... i ślad po niej ginie.
W przypadku poprzednich tomów autor skupiał się na konkretnej
postaci, przybliżając losy poprzez opisywanie jej przeszłości. W
„Tronie z czaszek” (a przynajmniej w pierwszej części) jest tylko jedna
retrospekcja, w której poznajemy bliżej Ashie - jedną z przybocznych Inevery. Po lekturze trudno jednak
określić czy ta bohaterka ma jakieś większe znaczenie dla fabuły. Może w
drugiej księdze odegra większą rolę? Autor skupia się głównie na teraźniejszej historii, a dzięki ukazywaniu akcji z punktu widzenia różnych postaci
(także demonów!), otrzymujemy pełen obraz sytuacji. Brett przeskakuje z wydarzeń w Lennie Evrama, poprzez pałac w Krasji oraz doki w Lakton, które mimowolnie stają się częścią konfliktu, by na koniec pokazać czytelnikowi co dzieje się w głowie najwyższego demona.
![]() |
© Dominik Broniek official |
Tradycyjnie już polskie wydanie zostało podzielone na dwie części,
jednak w tym przypadku wypadło to dość naturalnie - nic nie może równać się z
cliffhangerem na końcu „Wojny w blasku dnia”. Zakończenie tej części „Tronu z
Czaszek” nie sprawia, że nerwowo będziemy odliczać dni do październikowej premiery
kontynuacji. Zdziwienie natomiast mogła wywołać zmiana tłumacza, którym (zamiast Marcina
Mortki) jest obecnie Małgorzata Koczańska. Trzeba jednak przyznać, że z
zadaniem poradziła sobie doskonale i zamiast próbować odciskać na powieści
swoje piętno, kontynuowała linię tłumaczenia poprzednika. Treść „Tronu z
Czaszek” po raz kolejny idealnie dopełniają grafiki autorstwa Dominika Brońka.
Po zapoznaniu się jedynie z połowa książki nie można jeszcze
stwierdzić czy jest ona tą najlepszą w cyklu, jednak należy przyznać, że ma do
tego spore predyspozycje. Jedno jest pewne: Brett nie obniża poziomu do którego
przyzwyczaił czytelników! Teraz pozostaje tylko poczekać do października, kiedy
to poznamy drugą cześć Tronu z Czaszek, a następnie będziemy mogli wyczekiwać
kolejnej powieści „Demonicznego Cyklu”. Ale to już inevera.
Ale dlaczego zakończenie cyklu? Przecież w planach jest jeszcze "The Core" o.O
OdpowiedzUsuńI pierwsza część Tronu z Czaszek jest raczej najsłabszą w całym cyklu - nadzieja w części drugiej...
Rację masz :) Sugerowałam się informacją z wydawnictwa, ale autor właśnie mi potwierdził, że The Core będzie ostatnim tomem. Potem pojawią się jeszcze opowiadania i nowele ze świata demonów.
OdpowiedzUsuńDla mnie ogólnie książka jest lepszą ze względu na trzymanie się teraźniejszych wydarzeń, a nie zapychanie tomu retrospekcjami na temat bohaterów.
Ps. Całkiem by było miło, jakbyś się podpisał/a...
Och, wybacz proszę osobie w podeszłym wieku brak pamięci o takich "drobnostkach" jak podpis. Pamięć krótkotrwała zawodzi lecz przed oczami jak z wczoraj widzę nasze spotkanie pod szyldem SGO w Waszym starym mieszkaniu w Warszawie :)))
UsuńPozdrawiam!