.

.

22 października 2015

Star Wars. Tarkin [recenzja]

 

„Star Wars. Tarkin” to pierwsza książką z nowego kanonu Gwiezdnych Wojen, z którą mogą zapoznać się polscy czytelnicy. Po napisaniu tego zdania nie miałem zupełnie pomysłu na to, jak kontynuować wstęp, więc znalazłem się w identycznej sytuacji, co James Luceno piszący „Star Wars. Tarkin”. Badum tss, zapraszam do recenzji.

Podobno pochodził z niedalekiej gminy
Pokrewnej klimatem Krainie Wiecznej Zimy
Na tyle na ile można by określić
Jakieś jego konkretne pochodzenie

Ale odłóżmy złośliwości na bok. „Star Wars. Tarkin” opowiada nam część historii Wilhuffa Tarkina, późniejszego wielkiego moffa Imperium. Poznajemy go w momencie, w którym zarządza bazami strzegącymi dostępu do powstającej Gwiazdy Śmierci, a także nadzoruje jej budowę. W pamięci galaktyki wciąż żywe są wspomnienia o wojnach klonów, a Imperium dopiero co okrzepło. W takich okolicznościach dochodzi do tajemniczego ataku na Posterunek Tarkina. W trakcie starcia zmanipulowana zostaje sieć HoloNet – z podobną technologią moff zetknął się już w czasie wojen klonów. Z rozkazu Imperatora, Tarkin wraz z Vaderem zmuszeni są udać się na planetę Murkhana i zbadać, co stało się z resztkami technologii, której używał hrabia Dooku. Misja ta ma zdaniem Palpatine'a sprawić, że obaj jego zaufani poplecznicy nabiorą do siebie szacunku i nauczą się współpracować.

Podobno kiedyś działał razem z Boba Fett
Potem ich drogi rozdzieliły się
Jeden zrobił karierę na niwie państwowej
Drugi stał się łowcą nagród jedynie

Teraźniejsze wydarzenia regularnie przetykane są retrospekcjami z dzieciństwa Tarkina; równolegle śledzimy więc dorastanie jednego z największych polityków Imperium na jego rodzimej planecie, Eriadu. W założeniu miało nam to pokazać rozwój głównego bohatera, w praktyce wygląda to jednak nieco inaczej. Najpierw dostajemy scenę z teraźniejszych wydarzeń, w której Tarkin wykazuje jakąś cechę, następnie retrospekcję, która tłumaczy w jaki sposób się ona wykształciła, potem znów scena z cechą, powrót na Eriadu i tak przez pół książki. W teorii nie wygląda to źle, ale w praktyce wszystko napisane jest niezwykle płasko. Luceno zamiast dodać Tarkinowi głębi, a miał ku temu idealną okazję, spłyca tę postać. Zamiast czytać fascynujące studium nad człowiekiem, który z młodego, inteligentnego chłopaka zmienił się w potwora mordującego miliony ludzi w imię „wyższego celu”, otrzymujemy naiwną historyjkę, pod względem budowy postaci stojącą gdzieś na poziomie telenoweli.

Od kogo dostał to wysokie stanowisko
I czy w ogóle uczciwe jest to wszystko
Polityka to tarzanie się w błocie
I każdy się musi ubrudzić

„Star Wars. Tarkin” miało nam pokazać (podobnie wyglądało to w Expanded Universe), że bohaterowie stojący po stronie Imperium to postaci co najmniej równie ciekawe co Rebelianci. Uwielbiam chwile, w których dostajemy szansę na ujrzenie historii od strony „tych złych”. Możliwość poznania ich motywacji, przemyśleń, wizji świata – bardzo wysoko cenię takie zabiegi w literaturze. Niestety James Luceno kompletnie zawodzi w realizacji tego celu. Sytuację nieco ratują fragmenty, w których śledzimy poczynania Imperatora, nieźle wypada także Vader, ale w tej książce gwiazdą miał być Tarkin. Ciekawiej moim zdaniem pokazano Imperium w niedawno wydanym przez Egmont komiksie z serii Legends: „Darth Vader i Widmowe Więzienie”.

Tak się toczą losy nie zbadanie
Nie wiesz kim się stanie, co się komu stanie
Tylko tyle i aż tyle nam wiedzieć jest dane
Niekiedy tylko coś więcej powiedziane

Język, jakim napisana jest powieść, wypada dość... nieporadnie. Czytałem wiele książek tłumaczonych przez Marcina Mortkę i mam jak najlepsze zdanie o jego warsztacie, ale tutaj chyba napotkał na zbyt duży opór materii. Miejscami wygląda to tak, jakby książkę pisał debiutant, w dodatku bardzo młody wiekiem. W kilku miejscach zabrakło też wyczucia tłumacza – wyobrażacie sobie Vadera, który głosem Jamesa Earla Jonesa mówi „Tak czy owak”?

Na wysokim stanowisku czyny są nie te
Możesz zniszczyć nawet całą planetę
I nikt złego słowa nie piśnie
Nawet przed obliczem senatu

Jak dotąd głównie narzekam, pora więc porozmawiać o zaletach książki. Przede wszystkim widać, że autor zna uniwersum Gwiezdnych Wojen. Chociaż Expanded Universe przeszło do historii i oznakowane jest obecnie jako Legends, nie znaczy to, że Disney kompletnie odrzucił wszystko, co się w nim pojawiło. Mam zresztą wrażenie, że część starych historii może powrócić w nieco tylko zmienionej formie. W „Star Wars. Tarkin” wspomniany jest też Darth Plagueis i mam nadzieję, że w przyszłości dowiemy się o nim nieco więcej. Dużą wagę autor przykłada do technikaliów – pojawia się wiele jednostek znanych z filmów i seriali. Z przyjemnością wyobrażałem sobie pilotującego czarnego Eta-2 Vadera, czy naszpikowaną nowoczesną technologią korwetę „Cierń” należącą do Tarkina. Jako, że w książce często wspominane są wydarzenia, które miały miejsce w trakcie wojen klonów, warto znać serial „Clone Wars” (jest częścią nowego kanonu), ale nie jest to wymagane.

Gdzie tedy idą podatników pieniądze
Urzędowa grabież najbardziej jest nęcąca
I kto się dowie, że Jabbowie, ci bandyci
Pod stołem finansują by zostawić ich w spokoju

Pewnie narażę się teraz wielu osobom, ale nie oceniam zbyt wysoko wartości literackiej książek z Expanded Universe. Zaczytywałem się w nich kilkanaście lat temu i dzięki nim jeszcze bardziej pokochałem Gwiezdne Wojny, ale kiedy wróciłem niedawno do uwielbianej przez fanów Trylogii Thrawna, nie mogłem się nadziwić, jak źle jest to napisane. Paradoksalnie więc „Star Wars. Tarkin” najbardziej spodoba się fanom Expanded Universe, którzy wylali na Disneya wiadra pomyj w związku z budową nowego kanonu. Znajdą tutaj bohaterów, których uwielbiają, zobaczą potęgę Imperium w działaniu, odwiedzą znane im wcześniej światy i poczują się jak w domu. Takim po generalnym remoncie i jeszcze bez większości mebli, ale domu. Jest to też szansa dla nowych czytelników, żeby wskoczyć szybko w nowy kanon, zanim ten dorobi się dziesiątek pozycji i zapętli tak, że próg wejścia stanie się zbyt wysoki.

Można było się spodziewać, że to pan, Komandorze
Tarkin to zrobił haj,haj
Można było się spodziewać, że to pana, Komandorze
Tarkin to dzieło

Nie mogę jednak polecić „Star Wars. Tarkin” fanom książek z gatunku space opery oraz SF z militarnym zacięciem. Szczerze mówiąc, pod tym względem znacznie lepiej wypadają nawet książki naszych rodzimych autorów. Jeśli szukacie więc porządnej kosmicznej przygody, sięgnijcie raczej po „Niebiańskie Pastwiska” Majki, „Głębia. Skokowiec” Podlewskiego, „Kellera” Jamiołkowskiego czy coś nagrodzonego w tym roku Zajdlem Michała Cholewy, a wymieniłem tutaj tylko kilka najnowszych tytułów, nie wspominając o takich klasykach jak cykl „Dominium Solarne” Tomasza Kołodziejczaka. Jeśli natomiast wystarczy wam, że w książce pojawiają się znani bohaterowie, statki i Moc, a jakość literacka schodzi na drugi plan, albo potraktujecie „Star Wars. Tarkin” jako guilty pleasure, to pewnie już i tak sięgnęliście po tę książkę i jesteście zadowoleni. Muszę przyznać, że chociaż przez całą recenzję narzekałem, to i tak nie żałuję, że przeczytałem „Star Wars. Tarkin” i z pewnością sięgnę po kolejne pozycje z nowego kanonu. Cóż poradzić, taka dola fana...
PS Chociaż polskie wydanie jest bardzo ładne, to zabrakło w nim rozpiski czasowej, którą zawierają zagraniczne wydania. Mała rzecz, a smuci.

PS 2 Cytaty pomiędzy akapitami pochodzą z piosenki „Komandor Tarkin” autorstwa Kazika

Reakcje:

2 komentarze:

Marta W. pisze...

Nominowałam Ciebie do LBA. Więcej informacji tutaj :)
http://pozeram-ksiazki-jak-ciasteczka.blogspot.com/2015/11/monolog-z-ksiazka-w-doni-lba1.html

Klaudia pisze...

Nie słyszałam o tej książce, ale chciałabym ją przeczytać. Więc kiedy wpadnie mi ona w ręce z wielką chęcią ją przygarnę :D

Pozdrawiam i zapraszam do mnie :*
http://klaudiaczytarecenzuje.blogspot.com/

Prześlij komentarz

Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review