.

.

7 maja 2013

Na księżyc i z powrotem - To the Moon [recenzja]


Nie jestem fanem gier indie. Zawsze wolałem duże produkcje, przy których jeśli nie spędzę kilkunastu/kilkudziesięciu godzin, to przynajmniej zapewnią mi efektowną wizualnie i intensywną zabawę na kilka godzin. Nie zgadzam się też z tezą, że gry tego typu wprowadzą do nieco skostniałej już branży powiew świeżości swoimi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami i że są w stanie przynieść tworzącej/wydającej je firmie sukces finansowy. Stąd też spore było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Techland na start swojej nowej serii wydawniczej (Dobra Gra) wybrał coś właśnie z tego gatunku. Zaciekawiony sięgnąłem po "To the Moon" i powiem wam, że chyba nie miałem racji co do indie...

Grę stworzono na bazie znanego głównie z japońskich erpegów na przenośne konsole RPG Maker XP, także wszyscy, którzy mieli wcześniej do czynienia z tego typu produkcjami poczują się jak w domu. Użycie takiego, a nie innego silnika sprawia oczywiście, że grafika może się niektórym wydać wręcz szkaradna, jednak każdemu, kto miał w życiu okazję grać chociażby na gameboyu przypomni wiele wspaniałych chwil. Dzięki takiemu zabiegowi masa graficznych wodotrysków nie odciąga też uwagi gracza od tego, co w "To the Moon" najważniejsze - opowiadanej historii oraz muzyki.  


 No właśnie, historia... Opowieść jaką zaserwował nam twórca gry (Kan Gao) sprawia, że szybko zapominamy o warstwie wizualnej. Ciekawie jest już od samego początku. Dr. Eva Rosalene i Dr. Neil Watts, dwójka pracowników Sigmund Corp. - korporacji, która przy pomocy nowoczesnej technologii "podmienia" umierającym ludziom wspomnienia na takie, jakie chcieliby widzieć w ostatnich chwilach swojego życia, przybywa do domu umierającego Johna Wylesa. John, któremu zostało już niewiele czasu, zażyczył sobie, aby w przeszłości jaką będzie pamiętał, polecieć na księżyc. To co początkowo wydaje się Ewie i Wattsowi kolejnym banalnym zadaniem, wraz z cofaniem się coraz dalej we wspomnienia Johna przeradza się w ciąg zdarzeń, które zmienią ich sposób postrzegania świata i sprawią, że zaczną się zastanawiać nad tym, czym się właściwie zajmują i czy aby na pewno sprawiają, że ich klienci u kresu swych dni stają się szczęśliwsi niż są...
Żeby zbyt wiele nie spoilerować - jest to gra o miłości. Tylko o miłości i aż o miłości, bo chociaż jest to temat, w którym zapewne wszystko co odkrywcze dawno już zostało powiedziane, to jednak oglądanie tego w kolejnych produkcjach wciąż potrafi poruszyć. Nie ma też tutaj przerostu formy nad treścią, która moim zdaniem charakteryzuje chociażby Atlas Chmur*. Prostymi środkami opowiedziano historię o prostych, ale pięknych rzeczach, unikając banału. Co wrażliwsi zapewne uronię jedną lub dwie łzy.

Jak wygląda sama rozgrywka? Przez większość czasu chodzimy po niewielkich planszach i odnajdujemy kolejne "kotwice" wspomnień, dzięki którym możemy się cofnąć coraz dalej w pamięć Johna. "Kotwicami" może być tutaj wiele rzeczy - czasem jest to dialog, innym razem pluszowy dziobak, a kiedy indziej jeden ze sterowanych przez nas doktorów musi dokonać ingerencji w świat - na przykład zjeść z Johnem kilka słoików marynowanych oliwek (naprawdę, nie wiem skąd u twórcy taka nienawiść do tak cudownego jedzenia, ja tam bardzo je lubię ;P). Przed przejściem do dalszych (a raczej wcześniejszych) wspomnień czekają na nas jeszcze małe logiczne zagadki, jednak - o ile nie próbuje się ich wykonać idealnie - nie są one specjalnie wymagające. Nawet ja nie miałem z nimi problemu!
Gameplay, podobnie jak grafika, jest jedynie tłem. Znacznie ważniejszą rolę od nich odgrywa tutaj muzyka, zresztą główny motyw muzyczny wpleciony jest w fabułę. Piękny, oszczędny w formie, a jednocześnie wyrażający tak wiele główny utwór, kilka dobrze podkreślających wydarzenia kompozycji - za to należą się twórcy ogromne brawa. Cieszy fakt, że do wydania z Dobrej Gry dołączony został soundtrack. Sam z przyjemnością słuchałem go jeszcze długo po tym, jak odszedłem od monitora (no dobra, od monitora nie odszedłem, bo grałem jeszcze w Hirołsy, ale wiecie o co mi chodzi :P). Skoro już jestem przy dodatkach - wydanie pudełkowe jest schludne i estetyczne, fajnym pomysłem jest umieszczenie na okładce tagów charakteryzujących grę. Od gry która kosztuje 20 złotych nie wymagam nic więcej i nie mam żadnych zastrzeżeń co do sposobu wydania.

Dzięki "To the Moon" przeżyłem fascynującą podróż we wspomnienia umierającego człowieka, miałem przy tym okazję prześledzić nie tylko jego życie i zastanowić się nad pewnymi sprawami, dla których na co dzień zwykle nie znajduje się czasu - zostałem wciągnięty i oczarowany bardziej, niż przy wielu dużych tytułach z ostatnich lat, przez produkcję tak skromną i cieszę się, że odbyłem tę podróż na księżyc. W pełni polecam! A teraz sam ze znacznie większą uwagą zacznę się przyglądać produkcjom indie.

Ocena 10 / 10


* wersję filmową, znam jedynie tę. Przed wyjściem do kina losowaliśmy z Agu kto czyta wcześniej książkę, a kto nie, żeby potem porównać wrażenia. Agu czytała, ja nie. Agu się podobało, ja byłem rozczarowany. Obejrzałem później drugi raz na DVD i po tej powtórce oceniam film znacznie lepiej, ale po książkę odechciało mi się sięgać...


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Techland.

Reakcje:

1 komentarze:

wojtek remański pisze...

Piękna gra, nie ma na nią słów. Płakałem jak dziecko...

Prześlij komentarz

Prosimy o podpisywanie się w komentarzach. Anonimowe komentarze będą likwidowane ;)

 
Design by Free WordPress Themes | Bloggerized by Lasantha - Premium Blogger Themes | GreenGeeks Review